3. Nocny Wrocław Półmaraton 2015

Z racji przynależności do elitarnej drużyny Night Runners, Nocny Wrocław Półmaraton stał się niejako clou sezonu; swoistym must have, wszak rogal na trykocie zobowiązuje. Choć zdawałem sobie sprawę, że ciężko będzie zbić życiówkę sprzed roku, na myśl o starcie we Wrocławiu cieszyłem się jak mały krasnal. Biegłem z uśmiechem na ustach, napędzany atmosferą nocnego miasta.

Pewną tradycją jest, że w zamian za dobry wynik, z Wrocławia wracam bez fajnych zdjęć, dlatego relację okraszę impresyjnymi fotografiami. Na próżno szukam swojej sylwetki na tle przepięknie rozświetlonych mostów stolicy Dolnego Śląska. Tłumaczę sobie to w ten sposób, że oko aparatu nie nadąża za mną. Tak, tak. We Wrocławiu pobiegłem szybciej niż się spodziewałem (pojęcie względne) już drugi raz i z pewnością nie ostatni, gdyż atmosfera miasta stu mostów najwidoczniej sprzyja rozwijaniu prędkości. Potwierdzi to wielu z Was. Trzecia edycja nocnego półmaratonu była też wyśmienitą okazją, by zainaugurować zdobywanie Biegowej Korony Sudetów. (Sudetów? Opis mojego wyzwania i jego wyjaśnienie znajdziesz tutaj). Zabawę w zdobywanie BEKSY rozpocząłem na 3. Nocnym Wrocław Półmaratonie, gdzie goniłem krasnala. Przenieśmy się na start.

Upodobałem sobie miejsce i porę startu tego biegu, ponieważ lubię biegać alejkami w promieniach zachodzącego słońca; pod warunkiem, że znajdę takie słońce, a takie (zachodzące) występuje w czerwcu we Wrocławiu, na terenie Stadionu Olimpijskiego. Stamtąd, jak długi wąż, na podbój magicznego miasta ruszyło w tym roku 7500 biegaczy. Padł rekord frekwencji. Zanim odnalazłem swoją strefę, stałem kilkanaście minut prawie na samym końcu, i będąc święcie przekonanym, że jestem we właściwym miejscu, dopieszczałem playlistę na Spotify. Tak jak medal na mecie ma dwie strony, każdy tłum na starcie ma dwa końce. Dzięki topograficznej pomyłce zamieniłem słowo z jednym z sympatyczniejszych blogerów – Grzesiem z W Luźnej Formie. Znany ultra brodziarz asystował na czas 2:00, więc nim przebiłem się do swojej strefy, kolorowy tłum już prawie odliczał.

Start odbył się falowo, co minutę ruszała kolejna strefa czasowa. Organizacyjnie wyszło to bardzo płynnie i mądrze. Do samego końca początku (początku końca?) nie wiedziałem jak mam biec, czy najpierw prawą nogą i dociągać lewą, czy na odwrót. Postanowiłem popuścić cugle wyobraźni i ruszyć mocno z kopyta, w myśli genialnej strategii opracowanej na kolanie – później się zobaczy feat. jakoś to będzie. No, i pognałem, by na niespełna dwie godziny pobyć sam na sam z własnymi myślami. Z reguły jest to najtrudniejszy moment, gdyż w swoich relacjach próbuję przekazać to, o czym myślę podczas biegu (nie każdy lubi takie smęcenie), zatem spróbuję nie zanudzić.

Jak wiadomo, podczas biegu w głowie panuje istny mentalny kocioł. Mindrace, jak roboczo nazwałem zlepek sportowych przebłysków, najczęściej zaskakuje samego zainteresowanego. Niektórzy już na 1 km myślą, czy zamknęli auto, czy ładnie wyglądają, o siku, o planach sezonu, jak wydostać się z tumu, jak zastosować negative split, jak nie nalać sobie do buta… lepkiego izotonika… na najbliższym punkcie. Koniec końców podziwiają albo zastaną urbanistyczną rzeczywistość, albo swoje buty. O czym myślałem – nie pamiętam. Biegliśmy przez miasto Stu Mostów. Podczas sobotniego wieczoru mieliśmy co podziwiać.

Trasa półmaratonu została poprowadzona niezwykle ciekawie. Choć jedynym mankamentem była pojawiająca się znienacka kostka brukowa, to ostatecznie jedna pętla pozwalała na podkręcenie tempa i ekspresowe zwiedzanie Wrocławia jednocześnie. Najpierw minęliśmy Most Szczytnicki, potem Grunwaldzki – oba pięknie podświetlone i wypełnione niesamowicie głośno dopingującymi kibicami. Iluminacje były efektem projektu MOSTY w ramach Programu Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław 2016. Tego wieczoru na 26 mostach i kładkach odbywały się happeningi i performance. Kolorowe i grające mosty przyciągnęły na trasę tłumy wrocławian, którzy w roli kibiców spisali się na medal. Nie trzeba było ich zachęcać ani do aktywności artystycznej, ani sportowej – urodzeni wyrozumiali imprezowicze. Wrocław – brawo!

Biegłem. Zrazu, gdy ujrzałem charakterystyczny neogotycki budynek przypomniałem sobie, że rok temu najpiękniejszy dworzec kolejowy w kraju oznaczał półmetek biegu. W tej edycji był to dopiero 5. km półmaratonu i wstęp do zabawy, jaką było gonienie pacemakerów na 1:40. Tak sobie ubzdurałem, że spróbuję, ale wciąż nie mogłem ich dostrzec, więc kiedy się tylko dało rozładowywałem atmosferę przybijając piony z dzieciakami.

Wyjazd na półmaraton potraktowałem luźno (dlaczego – o tym na końcu), może zbyt luźno. Kompletnie nie zapoznając się z mapą biegu, nie znając rozstawienia punktów odżywczych, biegłem na tzw. czuja. Popełniłem parę taktycznych błędów, które chcę wymienić, aby na przyszłość o nich pamiętać. Po pierwsze, mapa. Analizować trasę przed startem i nie czekać z żelem jak na zbawienie. Aby go łyknąć, musiałem wiedzieć, że jestem przynajmniej 100 metrów przed wodą. Na szczęście zasięgnąłem języka i jakoś udało się nie skleić go sobie żelem. Po drugie, pas biodrowy i swoja woda. Po trzecie, nie zapomnieć o koncie premium na Spotify. Gdy przed estakadą ucichła muzyką, kilka minut zajęło mi przysłowiowe przełożenie płyty na drugą stronę przy jednoczesnym zważaniu na to, co dzieje się obok i spoglądaniu pod nogi. Ostatecznie, te błahostki i tak nie miały znaczenia, bo wciąż biegłem dla zabawy.

Jak wspomniałem, nie pamiętam o czym myślałem. Na ciemnej już trasie, przy dopingu księżyca, spotkałem grupę sympatycznych najtranersów z wrocławskiego chapteru, którzy pomogli mi zorientować się w przebytym dystansie (pozdrowienia, Grzesiu i sp. z o. o.!). Nim się obejrzałem, po lewej stronie zamajaczył wysoki Skytower, a po kilkudziesięciu minutach charakterystyczny budynek Uniwersytetu Wrocławskiego. Przebiegaliśmy przez kolejne mosty. Miasto tętniło życiem i pompowało arteriami nocną radość. Wspaniale było też móc zatrzymać się na sekundę i pocałować flagę Night Runners; móc się bawić, uśmiechać, chłonąć atmosferę pięknego Wrocławia. Jednak z kilometra na kilometr moje tempo zaczynało spadać, a ja wiedziałem, że nie utrzymam już tego wymarzonego, z początkowych kilometrów. Postanowiłem więc w myślach zabawić się w łowcę kryzysów i każdy powiew słabości tłumić w zarodku, nie pozwalając ciężkim myślom o nadchodzących skurczach przejąć nad ciałem kontroli. Krótko mówiąc, postanowiłem biec ile się da.

Po zrobieniu pętli i pokonaniu po raz kolejny pełnego ludzi, kolorowego Mostu Grunwaldzkiego, na 3 km przed metą spotkałem Magdę z bloga Strong & Fit Women. Przyodziana w róż, była piekielnie szybka, więc jedyne, na co było mnie stać w tamtym momencie, to zdanie podzielone na dwa oddechy, rzucone w ułamku sekundy: Cześć, piszesz fajnego bloga. Lecimy. (pozdrawiam Cię, Magda. Piszesz fajnego bloga!).

Nawet nie wiem, jak szybko zleciał mi ten półmaraton. Ostatnie minuty biegu z mojej perspektywy to rozmyte światła aut i walka z myślami: aby nie zwalniać pomimo zwalniania; aby nie wątpić pomimo zwątpienia, aby wierzyć pomimo przesytu motywacyjnych sloganów w głowie. W pewnej chwili minął mnie Maciej z naszej ostrowskiej drużyny NR, który lepiej rozłożył siły i ze świeżością zmierzał ku osobistemu zwycięstwu. W bieganiu kocham to, że każdy ma autonomiczne prawo do wzrastania w euforii szczęścia. Brawo, Maciej! Wróciłem do lekkoatletycznego filozofowania. Najtrudniejsze są oczywiste sprawy – dawać do końca. Znienawidzone słowo wśród biegaczy – dawać. Przecież każdy to wie, ale czy każdy zna sposób, jak dawać? Jak przetrwać kryzys? Jak ból i niechęć do wysiłku przetransformować na źródło energii? Jak wykrzesać z siebie ostatnie resztki woli walki? Jak dawać w najbardziej egoistycznej dziedzinie sportowej? Może spokornieć i przyjąć świadomość o całej swojej słabości i nieudolności? Zgasić egoistyczne zachcianki i dać się prowadzić niemalże po omacku. Może wtedy zadzieją się cuda?

Systematycznie mnie spowalniało. Czasem mam tak, że ruchomy akt próbuję domknąć w ramy, oswoić. Próba zapanowania nad sytuacją różnie się kończy, ale nie ma co się łudzić. Nigdy w pełni nie będziemy panami swojego życia. Zawsze zdarzy się nieprzećwiczony scenariusz lub zgubienie puzzla w układance, a nie ma zapasowego… Wtedy lepiej zrozumieć swoją małość i nie dopuścić do aktu auto-rozczarowania. Czasem próbuję wyłączyć myślenie i puścić się w otchłań medytacji nad chwilą. Obracać w myślach swój czas i miejsce na trasie, pośród innych ludzi. Czasem to udana medytacja w ruchu, a czasem rozproszona przez ruch. Czasem jednym przyciskiem woli pauzuję bieg i po chwili przenoszę się kilkaset metrów dalej nic nie rozumiejąc z przebytego dystansu. A czasem każdy krok popełniam z uczuciem pełnej wolności, będąc świadomym każdego depnięcia i wybicia. Pauza. Wrocław zatrzymany w biegu. Krew pulsuje. Widzę siebie z boku, zmęczonego. W sumie, rozśmiesza mnie ten widok – jak ten mały człowieczek próbuje sobie coś udowodnić i uargumentować sens podjętego wysiłku. Za to widok innych ludzi, zwłaszcza za mną jest godny podziwu. Spacja. Wszystko ożywa. Wracam świadomością na trasę. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to oddać całe zmęczenie Bogu, wszystko mu zostawić; przypomnieć sobie kapitalny finisz sprzed roku i biec na 100%, jakby miały to być ostatnie dobre zawody.

Z rozświetlonych ulic wpadliśmy w ciemne zakamarki alei. Tu każdy mierzył się już tylko ze sobą. Z oddali dochodził głos wychwalanego przez wielu, utalentowanego spikera i rytm muzyki. I kolorowe neony. Metry ciągnęły się w nieskończoność. Chcesz być na mecie, lecz ta opłacona zachcianka trwa wieki. Niektórzy dali się nabrać na bramkę startu, ale prawdziwa stała kilkaset metrów dalej. To tempo prowadziło już nieuchronnie do skurczy, ale wiedziałem, że zaraz będzie koniec. Tędy już kiedyś biegłem, uśmiecham się do wspomnień. Tym razem to nie ja wyprzedzam, ale uprzedzę Twoje myśli – na metę wpadłem zadowolony. Czas: 01:40:06.  Miejsce w pierwszej ćwiartce (21%). Zdobywanie Biegowej Korony Sudetów rozpoczęte. 3. Nocny Wrocław Półmaraton 2015 mój. Krasnal mój! A teraz najlepsze.

Do Wrocławia pojechaliśmy busem, więc z ekipą Night Runners Ostrów w drodze powrotnej bawiliśmy się bardzo miło. Wszyscy dobiegli, świętowaliśmy zatem udane starty, a zwłaszcza debiuty. W odpowiedniej celebracji czerwcowej nocy wspomógł nas wesoły kierowca Paweł, któremu nie straszne wojaże za kebabem o 3 w nocy. Dziękuję za sprawny przejazd i bezpieczne dowiezienie nas na czas i do domu. Jedziecie na wakacje i szukacie fachowego transportu? Z czystym sercem polecam profesjonalne i bezpieczne Przewozy pasażerskie Staszak Bus – dzięki Paweł.

Gdyby Ostrów Wielkopolski leżał ciut dalej od Wrocławia, to nie wiem, czy wyjazd sportowy nie powinien nazywać się rozrywkowo-integracyjnym. Ach, te endorfiny. Udzieliły się chyba wszystkim. Night Runners Ostrów – dziękuję Wam za świetną atmosferę w autobusie i gratuluję wyników!

Gdy o 5 rano kładłem się spać, jeszcze chwilę myślałem, skąd mogłem urwać te 6 sekund. I przypomniałem sobie całowanie flagi. Nie, widocznie nie mogłem urwać 6 sekund. Wszystko po to, by bawić się na całego.

P.S. Zdjęcia uzupełnię niebawem.

 

Share

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o