3. Wielka Pętla Izerska 2015 – górski biegowy hat-trick

Wielka Pętla Izerska to już klasyk z tradycjami. Świetna organizacja i urok Gór Izerskich przyciąga do Szklarskiej Poręby coraz więcej amatorów górskiego biegania. Tradycyjnie, od trzech lat w trzeci weekend lipca startuję w tym wyjątkowym półmaratonie. Dogonić Ducha Gór na pięknej trasie, na której trenują najlepsi polscy biegacze, to duże wyzwanie i wielka przyjemność.

Do Szklarskiej Poręby (który raz – nie liczę) pojechałem pociągiem dzień wcześniej. Parę godzin turkotania wystarczyło, by pofałdowany teren ukoił moją stęsknioną do gór duszę. W gorącym przedziale pogrywał bard Neil Young, gdy na horyzoncie zamajaczyły wreszcie Sudety. Celem tego wyjazdu były niepozorne, lecz urokliwe Góry Izerskie. W końcu po odbyciu kilku ciekawych rozmów wysiadłem na Dworcu Szklarska Poręba Górna, który miał nazajutrz zmienić się w arenę zmagań sportowych. Ostatni przystanek na trasie jak co roku był miejscem startu biegu.

Trzeba jasno zaznaczyć – organizatorzy Wielkiej Pętli Izerskiej naprawdę dokładają wszelkich starań, by z roku na rok impreza stała na jak najwyższym poziomie; choć przecież wcale nie muszą, bo to najwyżej rozgrywany półmaraton w kraju. Po 2 edycjach jest już renoma, tradycja i klimat. Podczas trzeciej edycji pasjonaci z TS Regle zaszaleli i zaoferowali różne warianty pakietu startowego. Pokusiłem się o ten najbardziej wypasiony i znalazłem w nim: pamiątkową koszulkę techniczną, porcelanowy kubek, świetnej jakości ręcznik z logo biegu, żel Enervita, talon na obiad, izotonik, imienny numer startowy. Wszystko w przystępnej cenie. Na oryginalny medal w kształcie grudki złota z wprawionym szkłem musiałem jednak zasłużyć i pokonać te 21 kilometrów. W tym celu, niezwłocznie wróciliśmy do Willi Słoneczko (naszej bazy wypadowej od 2013 r.), aby nieco odpocząć. Jak wiadomo odpoczynek ma różne oblicza. Ogniskowa atmosfera sprzyjała regeneracji i nieustannemu nawadnianiu. Wbrew pozorom jeden wieczór ze zwariowaną ekipą Night Runners pozwolił na nawiązanie ciekawych znajomości, odpowiednią aklimatyzację, przypomnienie sobie topografii miasteczka i dosyć radykalną weryfikację własnych celów. Ktoś mówił o silnej woli? Chyba nie… Po zabawie do późnych godzin nocnych nie miałem wątpliwości, że w tym roku nie przyjechałem po życiówkę, ale po to, by Wielką Pętlę Izerską po prostu ukończyć. Trzeci raz to taki mały jubileusz, podczas którego planowałem pyknąć hat-tricka i dobrze się bawić. Było zabawniej niż się spodziewałem.

Medal jak zwykle oryginalny i warty wysiłku (fot. organizator)

Medal jak zwykle oryginalny i warty wysiłku (fot. organizator)

Tradycyjnie ze szklanym akcentem (fot. www.nj24.pl)

Tradycyjnie ze szklanym akcentem (fot. www.nj24.pl)

Choć nie pospałem książkowo, poranne wstawanie nie przysporzyło większych problemów (za rok inaczej rozkładam akcenty). Wciągnąłem dwa naleśniki z czekoladą autorstwa Oli i siorbnąłem kilka zalań yerba mate. Przyoblekłem się w numer i dobry nastrój. To już tradycja, że w dniu startu mocno grzeje. Goręcej niż rok temu, w dodatku porno i duszno. W sobotnie przedpołudnie termometr wskazał 30 stopni Celsjusza w cieniu. Po wspólnej fotce, bojowo nastawieni, dziarsko wdrapaliśmy się na start ulokowany przy dworcu kolejowym; co ciekawe humory jeszcze dopisywały. W tym roku poza rekordami trasy, padł rekord frekwencji – tysiąc śmiałków podjęło wyzwanie dogonienia Ducha Gór. Kolorowy tłum czekał, by zmierzyć się na trasie, gdzie trenują najlepsi polscy zawodnicy. Długo wahałem się, czy brać ze sobą plecak biegowy. Ostatecznie nie żałowałem, że go mam, choć podgrzana woda w bukłaku nie okazała się niezbędna. Dobrze ulokowane, moim zdaniem, cztery punkty odżywcze stanowiły odpowiednie zabezpieczenie dla biegaczy.

Night Runners przed biegiem (fot. A. Hamny)

Night Runners przed biegiem (fot. A. Hamny)

O godz. 11:15 sygnał do startu 3. Wielkiej Pętli Izerskiej 2015 dał Jerzy Skarżyński. Ruszyłem spokojnie pamiętając, że już na pierwszym zakręcie droga pnie się pod górę. Podbiegi postanowiłem brać szybkim marszem i szło to całkiem sprawnie. Grzało niemiłosiernie. Na każdym punkcie z wodą moczyłem czapkę, żeby choć trochę sobie ulżyć. Od pierwszego kilometra czułem też wielkie nieokiełznane pragnienie. Pomimo dość częstego i nieprzemyślanego picia dużymi haustami, wiedziałem, że nic nie zrobię z odwodnieniem.

Nie będę opisywał szczegółowego przebiegu trasy, ponieważ można go znaleźć w relacji z poprzedniej edycji. Trasa Wielkiej Pętli Izerskiej, mimo iż biegnie przez las, jest naprawdę urokliwa. Łączna różnica wzniesień to 320 m. Niby niewiele, ale odczuwalna. Do 15. km nieustannie pod górę. Końcowe kilometry to zbieg po kamieniach do miasta. Już na początku odsłoniły się przed zawodnikami piękne panoramy karkonoskiej grani. Potem na dobre pochłonęły nas leśne dukty Gór Izerskich. Biegacze mogli oddychać zdrowym powietrzem i cieszyć oko przyrodą, podziwiając brunatne torfowiska, herbaciane oczka wodne, a także charakterystyczne dla regionu kwiaty – pionowo rosnącą Naparstnicę Purpurową (różowe dzwonki). Jednak było nas za dużo i byliśmy za głośno, by dostrzec prawdziwy symbol Gór Izerskich – Cietrzewia.

Najlepsze dopiero przed nami (fot. organizator)

Najlepsze dopiero przed nami (fot. organizator)

Było fajnie. Zanim wytłumaczę przemianę nastroju z typowego zaprogramowania na czas w przejście w tryb totalnej zabawy (co jeszcze dwa lata temu mocno ubodłoby moje ego), napiszę, że miałem plan przez góry ciąć. Dodam, że wszystko zaczyna się u mnie w żołądku. Taka przypadłość (zła dieta, nieustanne testowanie swoich przyzwyczajeń żywieniowych – nie wiem). To nie tak, że nie chciało mi się walczyć. Gdy nie ma energii, to nie ma i, albo sfrustrowany męczysz się aż do samej mety, plując sobie w twarz, albo przyznajesz się do słabości i przekuwasz cały wysiłek w zabawę. Od ujarzmienia ambicji zależy, czy zmordowany, lecz z dobrym humorem powolutku fruniesz sobie niczym motylek, akceptując taki stan rzeczy. Są dwa rozwiązania: albo duma panuje nad tobą, albo ty masz władzę nad emocjami, bo nad ciałem czasem nie zapanujesz. W tym roku nauczyłem się ratować samopoczucie realizując ten drugi scenariusz. No, może nie czułem się lekki jak motylek, ale beztrosko i bez zmartwień trzepotałem od prawa do lewa, zmierzając po swoją życiówkę w drugą stronę. Jeszcze nigdy tak długo nie biegłem 21 kilometrów i jeszcze nigdy tak radośnie nie finiszowałem!

"Biegać, skakać, latać, pływać" (fot. organizator)

„Biegać, skakać, latać, pływać” (fot. organizator)

Organizatorzy Wielkiej Pętli Izerskiej mają poczucie humoru (fot. organizator)

Organizatorzy Wielkiej Pętli Izerskiej mają poczucie humoru (fot. organizator)

Prowadząca szutrowymi dróżkami trasa była tylko częściowo ocieniona. Mozolnie zdobywając wysokość, po 55 minutach dotarłem do szosy w Jakuszycach. Tam, na 9. km straciłem moc. Rozbolał mnie brzuch i to był koniec złudzeń na czas poniżej 2 godzin. Jednak nie będę przecież gwiazdorzył. Na plecaku mam kartkę przypominającą, że biegnę dla Dominika. Poza tym robię BEKSĘ, czyli Biegową Koronę Sudetów. Trzeba lecieć do końca, już rekreacyjnie. Do przełamania profilu i wypłaszczenia trasy zostało jeszcze 5 km. Co tu robić? Telefon do przyjaciela!

Kilkanaście kolejnych minut to sympatyczna pogawędka z Sylwią i relacjonowanie na żywo sytuacji z trasy. Nie wiem, jak mogłaś znieść to sapanie do słuchawki. Dziękuję za telefoniczny doping! Wspólnie z Grzesiem i jego dziewczyną dotarliśmy do punktu nawadniającego i jednocześnie najwyższego punktu na trasie – nieczynnej kopalni kwarcu Stanisław, której wygląd przywodzi na myśli post apokaliptyczną scenerię z Mad Maxa. To kulminacyjny moment na trasie, gdzie po 15 km kończy się uciążliwy podbieg. Na górze robiłem za fotografa i oglądałem się za siebie w oczekiwaniu na kolejnego Night Runnersa, któremu będę mógł towarzyszyć choć chwilę. Przegonił mnie Siwy, ale największe wrażenie zrobiła na mnie Ola. Z krwawiącym kolanem mocno napierała do mety. Pełen podziw za determinację, po upadku na początkowych kilometrach.

Sesja przy najwyżej położonej kopalni kwarcu w Europie (fot. J. Świątek)

Sesja przy najwyżej położonej kopalni kwarcu w Europie (fot. J. Świątek)

Od tego momentu trasa prowadziła już prawie po płaskim. Do mety zostało jakieś 6 km i właściwie mogłem sunąć sobie ociężale, ale jednostajnie i zastanawiać się, gdzie popełniłem błąd. Nie, to byłoby strasznie kiepskie. Na szczęście, mamy w sobie taki mały generator dobrego humoru, u każdego włączany innym przyciskiem. Zdając sobie sprawę, jakie zbiegi czekają na końcu, postanowiłem, że trochę odwlekę przyjemności. To były te zawody, na których miałem ochotę się bawić i cieszyć radością innych. Chwilę goniłem Julię, dla której Pętla była górskim debiutem, ale w końcu wystrzeliła i tyle ją widziałem. Później dopadł mnie Adam. Tak, ten sam Adam – wodzirej weekendu, który dwa lata temu stał tutaj na podium w swojej kategorii. Mój brzuch nie chciał realizować jego ambitnego planu ścigania się na końcowym odcinku. Jedyne, na czym mi zależało, to zmieścić się w limicie 3 godzin i nie dostać pierwszej w karierze DSQ. Jednak czasu było jeszcze sporo, więc ze spokojem przystanąłem, by zmienić sobie muzykę.

Po nasłonecznionym odcinku wpadliśmy do lasu i biegliśmy duktem leżącym na zboczu Wysokiego Kamienia. Zaczynał się zbieg do miasta. Mój plan zakładał poczekać na dziewczyny z naszej drużyny debiutujące w górach. Przystanąłem więc dając ulgę żołądkowi. Strasznie mnie wiercił. Przybijałem piony z biegaczami, krzyczałem, że już nie wiele do mety i robiłem za wolontariusza, a na horyzoncie wypatrywałem Ingę, Gosię i Anię. Tykający czas już dawno miał dla mnie drugorzędne znaczenie. Największą satysfakcję przynosiły mi uśmiechy zawodników. Ile w nas woli walki i pasji, zobaczy tylko ktoś z boku. Kiedy mamy w głowie zakodowany obraz swojego sukcesu i swojego świata, nie dostrzeżemy, że źródło szczęścia i motywacji biegnie obok nas – w osobie starszego pana lub ojca pchającego wózek. Oczywiście, ostatecznie i tak zmagamy się ze swoimi słabościami i biegniemy po swój medal.

Z Ingą, Gosią i Anią - grzejemy do mety! (fot. A. Hamny)

Z Ingą, Gosią i Anią – grzejemy do mety! (fot. A. Hamny)

Autopromocja (fot. A. Hamny)

Autopromocja (fot. A. Hamny)

Na zakręcie krzyczeliśmy z wolontariuszami, że już niewiele, jesteście dzielni i że nie widać po Was zmęczenia. Na 99% twarzy wymalowana radość. W końcu na horyzoncie zamajaczyły seledynowe sylwetki. Pora na mnie. Czas się zbierać. Dołączyłem do Ani, Gosi i Ingi i radośnie ruszyliśmy do mety. Do pokonania pozostało kilka zakrętów, ale upał nie dawał za wygraną. Na stadion w Szklarskiej Porębie wpadliśmy trzymając się za ręce i z uśmiechem przekroczyliśmy metę Wielkiej Pętli Izerskiej z czasem 2:39:47 (osobisty rekord). To była moja trzecia edycja mająca zupełnie nieoczekiwany, wyjątkowy przebieg. Na początku z zamiarem bicia jakiejś życiówki, czy coś w tym stylu…

Na mecie WPI 2015 (fot. organizator)

Na mecie WPI 2015 (fot. organizator)

Na mecie WPI 2015 (fot. organizator)

Na mecie WPI 2015 (fot. organizator)

Nic nie robić, leżeć w trawie, chłodne piwko w cieniu pić... (fot. Domino)

Nic nie robić, leżeć w trawie, chłodne piwko w cieniu pić… (fot. Domino)

Po biegu dopiero poczułem jak mocno jestem wyeksploatowany. Potrzebowałem chwili, żeby odzyskać siły. Dopiero posiłek w Kaprysie postawił mnie na nogi. Ten start uprzytomnił mi rolę odpowiedniego żywienia przed zawodami. Wieczorem tradycyjnie bawiliśmy się przy ognisku, świętując górskie biegowe sukcesy.

Możecie powiedzieć, że nie pokazałem walecznej postawy, w sumie racja. Jednak dla mnie liczy się coś innego. Sam fakt ukończenia trudnego półmaratonu górskiego jest już osiągnięciem. Wraz z rozwojem bagatelizujemy momenty, gdy zaczynaliśmy przygodę. To, że rok temu na metę dobiegłem poniżej 2 godzin jest jakimś wyznacznikiem rozwoju, ale ostatecznie nie ma żadnego znaczenia. Każdy bieg jest inny i wartościowy. Do dyspozycji dostajemy lepsze lub gorsze chwile i tylko od nas zależy, w co je obrócimy. Pokazałem sobie możliwość postawienia się w innej roli. To cenna lekcja, gdy kiedyś na dłuższym dystansie w chwili kryzysu przyjdzie przyznać się do słabości i dalej z uśmiechem gnać przed siebie.

III Wielka Pętla Izerska była zarazem drugim biegiem w ramach zdobywania Biegowej Korony Sudetów. Wyzwanie trwa. Dziękuję organizatorom za możliwość startu dla Dominika. Od trzech lat pasjonaci z TS Regle tworzą wspaniały półmaraton, gdzie wszystko gra, a zwłaszcza na linii organizator – uczestnik. Na każdym kroku czuję się wysłuchany i doceniony. Podczas tej edycji po raz kolejny widziałem ogrom pracy, jaką włożono w rozwój imprezy. Z roku na rok jest coraz lepiej, dlatego obiecuję, że w 2016 roku ostro powalczę, goniąc Ducha Gór w kolejnej czwartej odsłonie Wielkiej Pętli Izerskiej.

Pełen sukces Night Runners  (fot. A. Hamny)

Pełen sukces Night Runners (fot. A. Hamny)

Izerski hat-trick! (fot. A. Hamny)

Izerski hat-trick! (fot. A. Hamny)

Share

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o