Być jak Jan Chrzciciel (Mk 1, 1-8)

Jezusa zapowiedział prorok Jan, Jana Chrzciciela prorok Izajasz. My też mamy w historii zbawienia swoje miejsce. Zostaliśmy wpisani w Boży plan; aby żyjąc Ewangelią, czyli głosząc Dobrą Nowinę, nieustannie prostowali swoje ścieżki i zachęcali innych do naprawy własnego życia. Dziś o tym, by być jak Jan Chrzciciel. Rozważanie cz. 2 (Mk 1, 1-8)

Narzucić na siebie kawałek wielbłądziej skóry, przepasać biodra, wyprowadzić się na pustynię, jeść szarańczę i popijać miód leśny. Brzmi jak poradnik ABC survivalu. Dalej jest jednak trudniej. Bez cienia zająknienia głosić płomienne mowy do tysięcy ludzi ściągających z okolic. Głosić chrzest nawrócenia, obmywać tłumy w rzece Jordan. Wreszcie w wielkiej pokorze uważać się za mniejszego i niegodnego. Na końcu zaś uwierzyć w to, co się głosi, że to naprawdę ma sens. Powiedzielibyśmy – istny hard core tylko dla twardzieli, może bardziej dla obłąkanych.

Raz na jakiś czas zdarzają się, powiedzmy delikatnie, lekko dziwni, trochę zakręceni, na ogół nieszkodliwi, budzący uśmiech i politowanie ludzie. Tak zwani prorocy z Manhattanu, którzy w biały dzień na zatłoczonych ulicach Nowego Jorku stają na skrzynce po owocach i trzymając transparent, z powodu zbliżającej się apokalipsy głośno nawołują do nawrócenia. Zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że każda epoka ma swojego proroka, w dłuższej lub krótszej brodzie; przemawiającego z większą lub mniejszą charyzmą. A końca świata jak nie było, tak nie ma.

Przyznam, że jest jednak coś, co zawsze mnie urzeka w postawie takich ludzi – odwaga i pewność siebie. Sam nie zdobyłbym się na publiczne przemawianie, choćby z tego powodu darzę ich szacunkiem. Chcą coś światu zakomunikować i robią to, nie przejmując się opinią. Pomijając zasadność i sens głoszonych przez nich treści, kaznodzieje z ulicy wzbudzają różne emocje. Niektórzy zdobywają szerokie audytorium. To pokazuje, że tajemnice od zawsze ekscytowały ludzi, a ci którzy uchylali ich rąbka, nie przebierając w proroctwach, znajdowali posłuch.

Jana Chrzciciela też otaczało audytorium. Jan był zwiastunem czegoś trudnego, ale dobrego. To jest postać innego kalibru, wielkiego formatu. Jeśli kogoś straszył, mówił o nadchodzącym Panu jako o nadziei. Prawdopodobnie miał surowy wyraz twarzy, bardzo donośny głos i ogromną charyzmę. Samym wyglądem mógł budzić respekt. Był radykalny w swoich naukach, a przy tym skromny i wzbudzał zaufanie, skoro ludzie wyznawali przed nim swoje słabości i grzechy. Nie bez powodu pojawia się w Starym Testamencie u proroka Izajasza jako zapowiedź przyjścia Syna Bożego. Pustelnik, Boży wysłaniec uznawany za Mesjasza. Mówił o sobie niegodny, a przecież, gdyby zechciał mógłby świetnie wykorzystać całą sytuację w celu odniesienia korzyści. Gdyby nie miał w sobie kierownictwa słowa Bożego, jak czytamy u innego ewangelisty (św. Łukasza), bez skrupułów wcieliłby się w rolę Zbawiciela, z którym przecież mylono go nad Jordanem. A mimo to uniżył się. Skąd taka pokora i tak wielka wiara?

Idzie za mną mocniejszy ode mnie […]

Zastanawiam się jeszcze nad zupełnym początkiem misji Jana Chrzciciela. Jak to się stało, że jak mówi pismo Święte, wystąpił na pustyni? Ktoś go musiał posłać, przecież sam nie wymyślił sobie służebnej roli wobec kogoś, kogo nawet nie znał i nie miał stu procentowej pewności, czy przyjdzie? Apostołowie ruszyli z Wieczernika po wylaniu Ducha Świętego. Pustelnik wiedział, że Jezus chrzcić będzie Duchem. Sam bowiem został napełniony tym Duchem będąc jeszcze w łonie swojej matki Elżbiety. Podpowiedzią, skąd w proroku tyle siły może być pustynia, a więc miejsce gdzie do Jana zostało skierowane słowo Boże.

Jeśli czujesz, że powinieneś zacząć prostować ścieżki; zacząć żyć Ewangelią i niczym prorok Jan głosić chrzest nawrócenia, czyli pomagać innym stawać się lepszymi, ale nie umiesz uczynić pierwszego kroku, pomyśl o Janie Chrzcicielu. Wcale nie chodzi o jedzenie owadów i polewanie ludzi wodą, tylko o przybranie postawy wysłańca. Wzbudzenie w sobie podobnie silnej wiary w swoją misję może uczynić z ciebie tego, którego całe życie będzie zapowiedzią nadejścia Mesjasza. Chciejmy być dla innych Dobrą Nowiną, nawet kosztem wyjścia na przysłowiową pustynię. Może wyrzeczenie się korzyści, strata, podjęcie trudu i ryzyka uczynią nas zdatnymi do wielkich dzieł? Może po decyzji o wyjściu w nieznane zaskoczymy pozytywnie samych siebie? Ważna jest wiara w to, co się robi.

Z doświadczenia wiem, że dopiero, gdy znalazłem się na pustyni (kiedy zrobiło się naprawdę źle w moim życiu), dotarła do mnie refleksja. Dopiero, kiedy zostawiłem kilka spraw, mogłem wyzwolić się z marazmu i zacząć się zmieniać. Do tej pory, właśnie podczas sytuacji kryzysowych wzmacnia się we mnie poczucie przynaglenia do bycia lepszym. Głoś swoją postawą chrzest nawrócenia, prostuj ścieżki. Prorokuj świadectwem swojego życia. Przybraną postawą, ale przede wszystkim wiarą zapowiadaj Jezusa. Brakuje odwagi, decyzji? Nie martw się. Przypomnij sobie, że tak samo jak Jan Chrzciciel, masz do wypełnienia misję. Zacznij od wyjścia na pustynię.

FacebookTwitterGoogle+Podziel się