II Półmaraton Sowiogórski 2015

Pod koniec września 2015 r. wystartowałem w II Półmaratonie Sowiogórskim. Przeżyłem trudną 21-kilometrową przygodę, pokonując większość najpiękniejszych dróg górskich znajdujących się między Przełęczą Jugowską a Walimską. Zapraszam do relacji.

Po pierwsze: Gdy chodzi o miłość, brak przygotowania nie jest argumentem. Prawda uniwersalna od zarania dziejów. Po drugie: Jak mawia staropolskie przysłowie Co się odwlecze, to nie uciecze. Dopinamy pewnych spraw, choć tak naprawdę to upominają się o nas same. Ciągnie wilka do lasu, a sowę w Góry Sowie.

profil trasy

mapa trasy

Półmaraton w Górach Sowich upatrzyłem sobie już rok temu, ale z racji nałożenia się z terminem bardzo ważnej uroczystości rodzinnej, wystartować mogłem dopiero w drugiej edycji. Co z tego wyszło? Na przygotowanie miałem cały rok, lecz doskonale wiecie, że to jedna wielka 365 dniowa iluzja. Człowiek lubi się usprawiedliwiać, więc dodam, że do kwietnia byłem w dobrej formie i w stolicy wykonałem założony plan. Druga połowa roku to biegowa posucha. Jeśli chodzi o znajomość terenu, Góry Sowie pierwszy raz poznałem w 2013 roku podczas niezapomnianego rajdu Listopadowy Reset. Dopiero tegoroczna majowa wycieczka biegowa i trening na trasie Wielka Sowa – Kalenica pokazał mi z jakim pasmem tak naprawdę mam do czynienia. Pierwszy wniosek – Eulengebirge pofałdowane są spokojne, ale za to pełne ruchomych kamlotów. Pomimo zatem braku przygotowań, miłość do gór zwyciężyła.

Pojechaliśmy we trójkę: Ania, Sebastian i ja. Wyczuwałem, co zresztą powiedziałem na głos w samochodzie sunącym na południe, że najbardziej może namieszać kobieta i tak się stało, o czym później. Na kwaterę obraliśmy niejednokrotnie chwalone przeze mnie i polecane każdemu Schronisko Orzeł na Przełęczy Sokolej. Jest to świetna baza wypadowa na różnego rodzaju wycieczki, rajdy i zloty. Klimatyczne, położone malowniczo (na szlaku i przy trasach narciarskich), dobrze wyposażone, z przytulną ceglaną piwniczką, gdzie znajduje się parkiet i bar. Idealne np. na organizację obozu biegowego, albo wesela. Jedyny mankament to wymagający dla samochodów podjazd, tzw. ściana płaczu mająca być niespodzianką na 20. km biegu. Mimo wszystko jakoś wturlaliśmy się pod górę. Zajechaliśmy pod wieczór. Wreszcie mogłem odetchnąć chłodnym górskim powietrzem, którego bardzo mi brakowało. Tuż przy schronisku, w którym bez problemu się zakwaterowaliśmy, znajdowało się biuro zawodów, więc na start mieliśmy raptem parę metrów. Komfortowa lokalizacja pozwoliła nam jeszcze tego samego dnia sprawnie odebrać pakiety i ze spokojem przeznaczyć wieczór na spacer, podziwiane zachodzącego słońca i relaks, a także na późniejsze zwleczenie się z łóżek w dniu startu.

1sowiogorski2015

2sowiogorski2015

3sowiogorski2015

13sowiogorski2015

Niedzielny poranek przywitał nas pochmurną pogodą, ale z godziny na godzinę przejaśniało się, do tego stopnia, że pełen dylematów kilka razy zdejmowałem drugą warstwę. Ostatecznie zostałem w długim rękawie, czego po godzinie biegu nie żałowałem. Przed startem udałem się w odosobnienie, by popatrzeć sobie w zadumie na góry. Odpaliłem tradycyjnie Modlitwę w Drodze z fragmentem na dany dzień. Mało mam takich okazji, by pobyć sam na sam. Mimo nieprzygotowania, chciałem powalczyć o jak najlepszy czas, więc patrząc na pofałdowany horyzont próbowałem wyciszyć się i skoncentrować tylko na biegu. Na przełęczy zebrał się już kolorowy tłum biegaczy spragnionych wrażeń. W końcu tuż przed startem wyszło słońce i ruszyliśmy. Każdy własnym tempem, życząc sobie wcześniej powodzenia.

5sowiogorski2015.png

6sowiogorski2015

14sowiogorski2015

12sowiogorski2015

Ruszyliśmy najpierw pod górę, trawersując zbocze Sokolicy (na odcinku 1 km przewyższenie 150 m). Truchtałem spokojnie, w myśl zasady, że tylko szacunek do gór i cierpliwość na trasie są kluczem do sukcesu. Po krótkiej wspinaczce i dotarciu do schroniska Sowa, skąd prowadzi szlak na Wielką Sowę (gwóźdź programu), my oczywiście skręciliśmy w przeciwną stronę. Zaczął się około 3-4 km szutrowy zbieg, prowadzący żółtym szlakiem w kierunku Koziego Siodła. Momentami nabierałem przyspieszenia, które mnie zaskakiwało. W tym momencie należało być nieustannie skoncentrowanym, a ja czasami popadałem w rozkojarzenie. Nie można było odpuścić zabójczego tempa, jakie oferowała trasa w dół przez tzw. Końskie Stopnie. Postanowiłem rozpędzać się tam na tyle, ile to możliwe. Nie mając odpowiedniego obuwia z głębokim bieżnikiem, szczególnie uważałem, aby nie wywinąć orła. W końcu opuściliśmy szlak turystyczny, nawracając Półkorcową Drogą. Na tym odcinku mocno wytracającym wysokość nadrobiłem sporo czasu. Dotarłem na 5. km i mocny zbieg zmienił się w ostrą wspinaczkę pod strome zbocze Czarnego Stoku, która ciągnęła się lasem około 2 km. Jak większość uczestników półmaratonu, i ja normowałem szalone tętno pod górę maszerując. Po osiągnięciu Lisich Skałek znalazłem wreszcie chwilę na złapanie oddechu. Od teraz trasa wiodła po lekkim wypłaszczeniu, gdzie otworzyły się kapitalne widoki. Na szutrowej drodze można było odsapnąć i co jakiś czas raczyć zmysły pięknymi panoramami Gór Sowich z widoczną w oddali metą. Jesienne słońce grzało w plecy. Czułem się dobrze. Biegłem swoim tempem, motywowany bliskością pierwszego punktu żywieniowego. Dotarłem spokojnie do 8. km. Na bufecie ulokowanym na Kozim Siodle wzmocniłem się kawałkiem pomarańczy i izotonikiem. No dobra, trzema kawałkami. Do dyspozycji zawodników były jeszcze ciastka, wafelki, banany, czy suszone morele – all inclusive. Nie chciałem rozsiadać się i tracić czasu, więc porwałem jeszcze jednego cytrusa w rękę i prędko czmychnąłem dalej, w pogoni za kilkoma biegaczami, z którymi mijaliśmy się do tej pory na trasie.

Od 8. km zaczął się podbieg po kamieniach na Wielką Sowę. Mimo, że nieustannie pod górkę, szlak prowadzący na najwyższy szczyt Gór Sowich jest dość spokojny. Musiałem uważać na luźne głazy wykręcające nogi i skutecznie wybijające z rytmu. Momentami trasa tego półmaratonu wymagała dużego skupienia. Wkrótce spomiędzy drzew wyłoniła się wyczekiwana, charakterystyczna sylwetka białej, ponad stuletniej wieży widokowej i przez drewnianą bramę wbiegliśmy na płaską kopułę Wielkiej Sowy. Na szczycie, który stanowił kulminację trasy i zarazem półmetek biegu, przebywało sporo ludzi. Biesiadujący kibice i turyści dodawali skrzydeł. Dodatkowo nakręcony muzyką, z radością wychwyconą przez fotoreportera, przemknąłem szybko przez kopułę, zastanawiając się, który to już raz jestem na najwyższej górze tego pasma. Chwila-moment i wieża Bismarcka za plecami. Teraz będzie mocno w dół, pomyślałem, gdy odczułem przełamanie wysokości i pierwsze nachylenia.

11sowiogorski2015

7sowiogorski2015

9sowiogorski2015a

Wraz z innymi zawodnikami pomknąłem żółtym szlakiem w dół w kierunku Małej Sowy, lecz po chwili trasa półmaratonu gwałtownie odbiła w prawo i miała zaprowadzić nas niebieskim szlakiem na Wroniec. Znów trzeba było skakać po większych kamieniach, które oceniałem i wybierałem w locie, grając w przełaje niczym dzieci w klasy. Ten, który wydawał mi się najbardziej stabilny, służyły za trampolinę i przeciwwagę do kolejnego; i niczym sanie bobslejowe sunąłem wyżłobionym traktem skacząc z prawej na lewą stronę drogi wyłożonej kamlotami i doprawionej korzeniami. Z przyjemnością oddałem się takim urozmaiconym zabawom terenowym, starając się nie hamować kolanami i być o krok przed swoimi myślami. Niektóre strome odcinki pokonywałem jeszcze pokracznie. Każdy odważny sus był aktem wewnętrznego zaufania, zwłaszcza na 11. km, co dobrze pokazuje profil trasy. Banda hasających po trakcie kolorowych biegaczy, dla podchodzących pod Wielką Sowę z naprzeciwka turystów, była zapewne tylko bandą szaleńców, brawurowo lecąc na zabój, niemniej wzbudzających jakiś podziw.

Mocno przetrząśnięty zaliczyłem Wroniec i ostro wytraciłem wysokość zapewne tylko po to, by znów tego dnia wspinać się. Dotarłem na Przełęcz Walimską. Ostatni punkt żywieniowy ulokowany na 14. km również był świetnie wyposażony. Po godzinie i piętnastu minutach na trasie zgłodniałem, więc nie oszczędzając się wsunąłem kilka czekoladowych ciastek i kawałków owoców. Czułem narastające powoli zmęczenie i znużenie. Powietrze i ciśnienie było ciężkie i zrobiło się znacznie chłodniej. Zaczynała się gra z głową.

Pamiętając, że mam przed sobą kilka wzniesień, kontynuowałem bieg wolniej. Każde kolejne wzniesienie dawało się odczuć. Jakby tylko czekało, by nam dokopać. Najpierw jedna niepozorna górka, potem wypłaszczenie, które zmieniło się w kolejny długi i wyczerpujący podbieg. Zmęczenie potęgowało wprost proporcjonalnie do ubywających kilometrów.  Dodatkowo, zapętlająca się nieustannie bardzo żwawa muzyka (tak, zdradziłem ideały) zaczęła mnie denerwować i ostatecznie pozbyłem się słuchawek, mając nadzieję, że tylko spokój gór mnie uratuje. Majstrowanie przy telefonie zgubiło sygnał GPS, więc w zasadzie byłem już wolny. Szarpałem tempem próbując odzyskać świeże myślenie.

Dookoła tylko drzewa zmieniające powoli kolor liści. Biegłem leśną ubitą ścieżką, więc głowa nie miała zajęcia, ani koncentrowaniem się na urozmaiconym podłożu, ani podziwianiem widoków. Widziałem tylko plecy pokaźnej postury zawodnika, który z pewną dozą empatii przed chwilą mnie wyprzedził. Podczas tego nieprzyjemnego dla mnie manewru był całkiem sympatyczny, rzucając motywująco: Lecimy, lecimy. Próbowałem wyrównać, lecz musiałem zaspokoić się wolniejszym biegiem i oglądaniem jego oddalającej się sylwetki.

Przecinając żółty szlak (Cesarską Drogę), z mozołem dotarłem do słynnej Drogi Gwarków. Trasa okrążała właśnie Małą Sowę. W końcu jakoś podbiegłem na wyczerpujący szczyt. Dotarcie na 18,5 km zabrało mi wiele sił. Był to ostatni… przedostatni mocny podbieg. Organizatorzy Półmaratonu Sowiogórskiego przewidzieli przecież niespodziankę na sam koniec biegu. Najlepsze dopiero przed nami, przypomniałem sobie. Przyjemny i szybki zbieg nieuchronnie przybliżał do ostatecznej konfrontacji. Lecieliśmy w kierunku Przeł. Sokolej, w stronę mety. Raz po raz między drzewami pokazywał się i majaczył w oddali szary horyzont. Z tym przyjemnym zbiegiem przesadziłem. Fakt, prowadził przestronną płaską, szutrową Srebrną Drogą, jednak nie miałem sił, by nabrać odpowiedniego tempa i czułem, że się wlokę, a sam numer startowy waży kilogram. Mimo to, zbieg był bardzo szybki.

8sowiogorski2015

W końcu dobrnąłem do drogi na granicy Rzeczki i Sokolca – słynną Przełęcz Sokolą i zarazem początek naszej Golgoty. Wisienką na torcie Półmaratonu Sowiogórskiego był podbieg pod Schronisko Orzeł, który na odcinku 400 metrów ma prawie 100 metrów przewyższenia. Istna ściana płaczu, lub jak kto woli rzeźnia. Najlepsi przechodzi do marszu, czując, że to kres możliwości. Na to nachylenie nie było mocnych, większość szła pod górę. Podniosłem głowę i zwątpiłem. Zacząłem wdrapywać się po stromej drodze, którą wczoraj wjeżdżaliśmy do schroniska. Grymas na twarzy i palące mięśnie. Niestety na tym odcinku dałem się wyprzedzić kilku osobom. Ostatnie 50 metrów ruszyłem do truchtu i z wielką ulgą przekroczyłem metę, skąd ponad dwie godziny temu ruszałem na trasę II Sowiogórskiego Półmaratonu.

Podsumowując. Dołożyłem kolejny bieg do Biegowej Korony Sudetów, tym samym mając już trzy starty w trzech półmaratonach. Bardzo wymagająca, lecz urokliwa trasa Półmaratonu Sowiogórskiego (w stylu anglosaskim), wiedzie głównymi szlakami Gór Sowich (w tym przez najwyższy szczyt Wielką Sowę), start i meta przy schronisku „Orzeł”, suma przewyższeń to około 740 m. Podbiegi raczej długie i łagodne (z wyjątkiem około 400 metrowej finiszowej ściany płaczu), za to zbiegi ostre, kamieniste.

Trasa przepiękna, atmosfera kameralnych zawodów także. Impreza od strony organizacyjnej bez zarzutu. Na plus trzeba zaliczyć: sprawnie działające biuro zawodów, dobre zaplecze (bliskość schroniska), depozyt, dwa punkty odżywcze na trasie i bogato zaopatrzony bufet na mecie, z którego długo nie odchodziłem. Potrzebowałem sporo cukrów. W pakiecie startowym biegacze znaleźli: pamiątkową koszulkę techniczna, żel energetyczny, medal na mecie, smaczny posiłek po biegu. Całkiem sprawna dekoracja wyłoniła zwycięzców. Triumfatorem zawodów okazał się nasz przyjaciel zza miedzy. Spośród naszej trójki, jak na początku wspomniałem (intuicja mnie nie myliła), najbardziej namieszała Ania, zajmując 2. miejsce w swojej kategorii wiekowej. Ta górska kozica ma wielki potencjał i dystans do siebie. Czuję, że jeszcze nie raz nas zaskoczy. Seba dał czadu i uplasował się w pierwszej 50-ce uczestników. Gratulacje!

Co do mnie, zameldowałem się równo w połowie stawki, wbiegając na metę po 2 godzinach i 7 minutach. Nieźle, choć zawsze może być lepiej. Stoczyłem walkę wewnętrzną – BeKSa! Było warto, było pięknie. Gdybym posłuchał rozumu, konfrontację wyobrażeń z przewyższeniami znów odłożyłbym na bliżej nieokreśloną przyszłość. A przecież, wbrew pozorom, góry nie będą stały wiecznie. A jeśli kochają ludzi, którzy zabiegają o ich sympatię, to jakim uczuciem darzą pędzących po ich szczytach ultrasów? Mam nadzieję, że kiedyś się o tym dowiem. Na obecną chwilę w moim zasięgu jest półmaraton, np. kameralny i ciekawy Półmaraton Sowiogórski.

10sowiogorski2015

Share

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o