Jej Wysokość Śnieżka – Karkonosze 2015

Losy kolejnego weekendu poddaliśmy pod demokratyczne dwuosobowe głosowanie i jednomyślnie padło na Karkonosze w zimowej aurze. Napięty grafik pozwolił nam tylko na jednodniowy marsz, ale cel został osiągnięty – zdobyliśmy najwyższy szczyt Sudetów. Choć wcale tak łatwo nie było i wiatr dął mocno, już tęsknię do chrupiącego śniegu pod butami i blasku czołówki na grani.

Och, gdyby tak iść przez życie tyczka po tyczce, oddychać ciszą mroźnej nocy i szukać gwiazd na grudniowym niebie… A może bardziej prozaicznie, określić pociąg do coraz trudniejszych wyzwań… Śmiem twierdzić, że ostatnimi czasy powoli dojrzewam do turystyki zimowej. Kiedyś nie do pomyślenia, dziś coraz częściej snuję plany o wyrypach z dziabą. Od czegoś trzeba zacząć. Zgadaliśmy się z Łukaszem, że warto wykorzystać górskie pasje i wspólnie złoić coś ciekawego. Na początek Karkonosze. Kompan z doświadczeniem zimowych Tatr, ja raczkujący amator zimowych Sudetów, stworzyliśmy całkiem zgrany team. Niczym Bielecki Nangę, tak my postanowiliśmy zaatakować w stylu alpejskim Śnieżkę.

Sobotni poranek. W aucie zmierzającym na południe Muse, a na horyzoncie lekko przyprószony Główny Grzbiet Karkonoszy. Wprawdzie to jeszcze nie zima, ale warunki prawie zimowe i góry mozolnie wstają spod białej kołderki, przynajmniej wyższe ich partie. Rudawy zupełnie jesienne, nawet w mieście nie ma śniegu. Napędzani kawą z miodem docieramy do Karpacza, dawna osada czeka niecierpliwie na rozpoczęcie sezonu. O 11 mamy już rozłożone kije i dziarskim krokiem mijamy Świątynię Wang, zmierzając niebieskim szlakiem w stronę Samotni. Cel: Królewna Śnieżka.

Ruszamy

Zaczyna się śnieg. Trochę rozmawiamy o podejściu ludzi do turystyki i pokornieję w swoich osądach, bo przecież nie wszyscy czują potrzebę napierania. Tej soboty wiele rodzin i grup znajomych wybrało się na spacer do najsłynniejszego schroniska Samotni. Co z tego, że klną i puszczają muzykę z telefonu, skoro mają prawo? Szybko wtapiam się w swój świat n.p.m. Pomimo drałowania najbardziej komercyjnym odcinkiem, delektuję się świeżym zapachem posypanych cukrem pudrem świerków. Wychodzimy z lasu, na błękitnym niebie słoneczko. Trzeba zdjąć jedną warstwę. Mijamy Polanę od ponad pół wieku tęskniącą za jednym z największych karkonoskich schronisk przedwojennych – spalonym Schroniskiem Turystycznym im. Bronka Czecha. W końcu wchodzimy w objęcia Kotła Małego Stawu i z rozkoszą spijamy spływający z oblodzonych 200-metrowych ścian majestat. Jest pięknie.

Kładka prowadząca do Samotni sprzyja zatrzymaniu się i refleksjom. Drugi co do wielkości polodowcowy kocioł jest pełen kamiennych rynien i żlebów, którymi co jakiś czas osuwają się lawiny. Czasem można usłyszeć jak z hukiem i impetem wpadają do wody, krusząc lodową taflę Małego Stawu. To stąd w XIX w. rozprowadzano po Prusach krystalicznej jakości lód. Mijamy Samotnię, bo dziś nie mamy czasu na rozsiadanie się. Ruszamy do Strzechy Akademickiej.

W największym schronisku po polskiej stronie Karkonoszy również się nie zatrzymujemy. To nic, że spał tu J.W. Goethe. Niczym XVIII-wieczni pielgrzymi zmierzamy na nabożeństwo do kaplicy na Śnieżce. Trafiliśmy na pogodę, cieszymy się w duchu, spoglądając na błękitne niebo, kontrastujące z białym śniegiem. Grzeje słoneczko, a ja jak zwykle cierpię z powodu braku okularów. Tuż przed wejściem na grań, mija nas hałaśliwy quad. Osiągamy w końcu Spaloną Strażnicę i wreszcie jesteśmy na Równi, skąd widać już Jej Wysokość Śnieżkę. Od teraz wędrujemy po tyczkach Głównym Szlakiem Sudeckim.

Na wielkim torfowiskowym spłaszczeniu (1400-1460 m) można poczuć jak w tundrze. Dokoła tylko przysypana kosówka, a w oddali wyrasta wybitnie Śnieżka. Wędrówka płaskowyżem na Głównym Grzbiecie Karkonoszy należy do miłych doznań. Obserwując przewalające się tabuny chmur od czeskiej strony, aby cokolwiek zobaczyć, Łukasz sugeruje podkręcić tempo. Od najdawniejszych czasów Dom Śląski służył turystom i pątnikom w drodze na szczyt. Nie pałam wielką miłością do Domu Śląskiego, ale w żółtym schronisku przeżywającym obecnie okres prosperity, posililiśmy się przed atakiem szczytowym. Kabanosy, krówki i gorąca herbata – i wstąpiły w nas nowe pokłady sił.

Jak się okazało, raki nie były potrzebne, ale ich posiadanie stanowiło komfort (Maciej, dziękuję za użyczenie). W okresie zimowym na szczy prowadzi tylko dojściowy szlak czarny, wspinający się zakosami. Wbrew pozorom na najwyższy szczyt Sudetów łatwiej i bezpieczniej wchodzi się nie wyślizganą ścieżką, przytrzymując się łańcuchów, ale jej bokiem, przykrytym śniegiem gołoborzem. Tak więc, pracując kijkami w miarę sprawnie omijamy połacie zdradliwego lodu i mozolnie przy wzmagającym się wietrze, drałujemy pod górę. Błękitne niebo w ciągu paru chwil przykrywają szare chmury. Niestety możemy zapomnieć o widoku zachodzącego słońca. Robi się zimno. Czuję jak trzymane w jednej pozycji ściśnięte palce zaczynają drętwieć od mrozu. Wykorzystuję chwile, by się odwrócić i uwiecznić zmieniający się jak w kalejdoskopie obraz. Łukasz wchodzi pierwszy.

Zdobyta Królewna Śnieżka najwyraźniej dąsa się, bo uderza w twarz podmuchami silnego wiatru tak, że momentami trzeba się zapierać kijkami. Może z powodu niełatwych warunków czuję większą satysfakcję; lubię takie wyzwania. Mocniej naciągam kaptur i rozgrzewam palce. Chodzimy parę minut po kopule, zaczyna zmierzchać, dokoła szaruga. Z powodu przerwy w działaniu bufetu w obserwatorium meteorologicznym spodek jest nieczynny. Wchodzimy na moment do ażurowego budynku poczty czeskiej, gdzie na potwierdzenie przybijam stempel w książeczce Korony Gór Polski i Korony Sudetów. Trochę ludzi ogrzewa się wewnątrz. Stare widokówki przypominają historię tej góry. Także moją…

Jej Wysokość…

Cel wycieczek od ponad pięciu wieków, najliczniej odwiedzana góra Europy w XVIII w. (800 osób na szczycie, uczestniczących w nabożeństwie 30 lipca 1711r.!). Owiana legendami o Duchu Gór, sfotografowana z każdej strony, niekwestionowany symbol Sudetów (dla niektórych także komercji). Wciąż ukochana i ciesząca się dużą popularnością zwłaszcza latem. Przez mikroklimat subpolarny, zimą nadal stanowiąca wyzwanie – Śnieżka 1603 m. n.p.m.

Śnieg leży tu od października do maja, prawie 200 dni w roku, a mgły utrzymują się ponad 300 dni. Nie mieliśmy szczęścia do widoków miejsc odległych nawet o 200 km – cały urok. Silne wiatry to chleb powszedni. Próbuję przypomnieć sobie jeszcze kilka faktów. Her Majesty, Królowa Sudetów zbudowana jest z odpornych na wietrzenie hornfelsów i skał granitowych. Ma kształt piramidy i należy do najwybitniejszych szczytów w Polsce. Wybitność (czyli jak wysoko wznosi się ponad otaczający ją teren) to 1202 m. (dla porównania Rysy mają tylko 163 metry wybitności). A na szczycie jak to na szczycie często dochodziło do spotkań na szczycie.

W 1861 r. poświęcono kapliczkę św. Wawrzyńca, która okazała się magnesem przyciągającym turystów. Przez jakiś czas pełniła nawet funkcję schroniska, a prawdziwe schronisko stało na szczycie przez ponad 100 lat. W końcu drewniany budynek starego obserwatorium zastąpiła postmodernistyczna konstrukcja przypominająca talerze UFO. Dziś nie budzi już takich kontrowersji. Przynajmniej mój gust architektoniczny nie wyobraża sobie innej  niż księżycowa scenerii. Prócz gości z kosmosu, Śnieżka była miejscem nielegalnych spotkań opozycjonistów polskich i czechosłowackich. Bacznie przyglądali się im pogranicznicy, mimo, że w 1961 roku oba kraje podpisały konwencję, na mocy której otwarto Drogę Przyjaźni Polsko-Czechosłowackiej. Na szczęście dziś swobodnie możemy wędrować na drugą stronę.

Oglądam stare pocztówki i przypominam sobie, że pierwszą wydaną na świecie pocztówkę zdobił wizerunek Shneekoppe. Spoglądam na elektroniczny pomiar wiatru, wskazuje 20 m/s. To jeszcze nie huragan, ale konkretny fen. Niekiedy dochodzi tu do rekordowych wiatrów huraganowych, osiągających prędkość 80 m/s. Chyba moja pierwsza wizyta u damy była bardzo wietrzna…

Po raz pierwszy wszedłem na Śnieżkę z kumplami w lipcu 2010 roku. Deszcz, grad i mgła drastycznie obeszły się z moją mapą. Rok później trafiliśmy z Agą na piękną jesienną pogodę. 3 lata później, w lipcu 2014 r. wylegiwaliśmy się na zboczach Śnieżki, delektując się słońcem i racząc wniesionym piwem. Dziś, na najwyższym szczycie Sudetów jestem po raz czwarty, po raz pierwszy w warunkach zimowych. Budzę się ze wspomnień, czas ruszać na dół. Rozglądamy się jeszcze po szczycie, kilka fotek. I bez nadziei na widoki, początkowo wybieramy z ciekawości Drogę Jubileuszową, ale widząc nawiany śnieg i połacie lodu, zawracamy, by zejść czarnym szlakiem. Pamiętajcie, że banalnie prosta latem droga, zimą jest zamykana z powodu osuwającego się śniegu.

Zejście nie przysparza większych kłopotów. Nie decydujemy się na raki, schodzimy asekurując się łańcuchami. Mało kto już idzie pod górę, w przeciwnym kierunku. Tylko jakieś wariaty-ultrasy decydują się na wbiegnięcie. Powoli zapada zmierzch i tylko gdzieś z zachodu przez przewalające się tabunami chmury próbuje przebić się złota poświata. Schodzący turyści zachowują dobry humor, co jakiś czas ślizgając się na lodzie. Staram się spokojnie stawiać kroki, bo lód to moja zmora. Lubię mieć wszystko pod kontrolą. Łukasz wybiera wariant po drugiej stronie łańcuchów, powoli schodząc po gołoborzu. W końcu zadowoleni, bezpiecznie docieramy do Domu Śląskiego. Wiatr jak to zwykle bywa, tutaj już nie dokucza.

Nocny marsz

Jest godzina 18. W Domu Śląskim kilka grup turystów, drewniana jadalnia przetrzebiona. Na stołach leżą profesjonalne aparaty. Chyba jakieś warsztaty fotograficzne, zastanawiam się. Wsuwamy zasłużony obiad i przy gorącej czekoladzie głosujemy nad wariantem dalszego marszu. Wybieramy czerwony szlak im M. Orłowicza do Słoneczników, górą Kotłów Małego i Wielkiego Stawu. Licząc na widoki rozświetlonego miasta, zakładamy czołówki i wychodzimy z ciepłego schroniska wprost w objęcia mroku. Zaczyna się mój ulubiony etap wędrówki tej wyrypy.

Maszerujemy Drogą Przyjaźni rozmawiając o bardziej lub mniej istotnych sprawach. Metafizyka wisi w powietrzu. Za plecami migoczą światła Talerzy UFO. Gasimy czołówki, jest lepsza widoczność. Kierujemy się po tyczkach. W nozdrza uderza mroźne powietrze, słyszę swój oddech i chrupanie śniegu pod butami. Co jakiś czas zapadam się. Czuję się niemalże jak jakiś protoplasta turystyki, który pierwszy przemierza karkonoską grań. Utrzymujemy dobre spokojne tempo i w miarę merytoryczną dyskusję. W końcu docieramy nad Kocioł Małego Stawu. W oddali migają światła Samotni i Strzechy Akademickiej nieco wyżej. Ruchome światełka zdradzają innych miłośników nocnych wędrówek. Oczy cieszy panorama rozświetlonego Karpacza i Jeleniej Góry. Jest to niesamowity widok. Wsłuchujemy się w absolutną ciszę, raz po raz przerywaną dźwięczącym wiatrem. Stoimy kilka metrów nad osuwiskiem, gdyż wybraliśmy letni wariant szlaku biegnącego tuż przy zdemontowanych zimą barierkach. Szklący się śnieg jak drogocenny jedwab niewinnie opada w dół kotła. Jest naprawdę pięknie.

Idziemy dalej, człapiąc i wbijając w dziewiczy opad groty kijków. Gapią się na nas świerki oklejone śniegiem. Śnieżne potwory próbują nas wystraszyć. Raz po raz wchodzimy w chmurę i robi się zimniej. W oddali dostrzegamy światła czołówek, po chwili mijamy zapaleńców z plecakami. Cześć, cześć. Szybko znikają w mroku. Prawie nie wieje. Jesteśmy w objęciach Smagorni. Docieramy nad Kocioł Wielkiego Stawu. Z tego miejsca również rozciąga się majestatyczny widok, zarówno na miasto, jak i na grudniowe niebo. I pomyśleć, że dawno dawno temu schodził tędy w dół jęzor lodowca. Czerwony szlak doprowadza nas do zwartej grupy skałek.

Pod Słonecznikiem bierzemy parę łyków gorącej herbaty i wcinamy batony. Nie wiem, czy Łukasz lubi legendy, ale ja uwielbiam słuchać o zagniewanym diable, który chciał zasypać skałami Wielki Staw, by jego wody zalały domostwa, ale wtedy dobiegł tu głos dzwonów na Anioł Pański i diabeł skamieniał. Jako lekko odsunięty filar, wpatruje się teraz zamyślony w horyzont, którego my nie dostrzegamy. Niebo jest rozgwieżdżone. A nazwa słonecznik wzięła się stąd, że słońce nad nim oznajmiało pracującym w polu południową porę.

Ruszamy żółtym szlakiem do kolejnej znanej grupy skalnej – Pielgrzymów. Mocno wytracamy wysokość (z 1400 do 1200 m.), co jakiś czas skacząc po drewnianych kładkach. Dochodzimy do trzech grup skalnych przypominających wędrowców. To tu kończy się, bądź zaczyna zielony szlak – słynna wśród biegaczy Ścieżka nad Reglami prowadząca do Jakuszyc. Krótka stroma droga w dół doprowadza nas do Polany, a potem już spokojnie zmierzamy żółtym szlakiem w stronę Karpacza. Mimo długiego marszu nie jesteśmy w stanie wyczerpać wszystkich tematów filozoficznych. Przerzucamy się więc na snucie planów o kolejnych wyrypach i kto jaką dyskografię kolekcjonuje.

*

W sobotę 12 grudnia, w zimowych, dość zmiennych warunkach zdobyliśmy Królewnę Śnieżkę. Zdążyliśmy jeszcze przed załamaniem pogody, choć mimo okna łatwo nie było. Śnieżka okazała się jak zwykle kapryśna – z daleka pozwalała podziwiać swe wdzięki, ale tuż przed kopułą naszły chmury i widoki ze szczytu były mało perspektywiczne. Na górze bardzo wietrznie. Lód od Domu Śląskiego.

Satysfakcja z wyzwania jest, tym bardziej, że wracaliśmy już po zmroku górą Kotłów. Tyczka za tyczką, chrupanie zmrożonego śniegu pod butami i mistyka ciszy. Nocny marsz ma swój urok. Trasa i kilometry się zgadzają, plan zrealizowany. Zadowoleni, że wszystko wypaliło, synchronicznego orła wywinęliśmy dopiero w Karpaczu pod Świątynia Wang na oblodzonej jezdni.

Share

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o