17. Sztafetowa Pielgrzymka Biegowa (Ostrów Wlkp. – Częstochowa)

Już po raz 17. z Ostrowa Wielkopolskiego na Jasną Górę wyruszyła Sztafetowa Pielgrzymka Biegowa. Biegacze pokonali 160 km, zanosząc przed oblicze Matki Bożej swoje intencje. Uczestnicy sztafety chcieli w ten sposób podziękować za otrzymane łaski i zawierzyć cały trud pielgrzymowania – prawdziwie uświęcone poświęcenie.

O pielgrzymce biegowej z Ostrowa Wielkopolskiego do Częstochowy dowiedziałem się od Magdy, za co serdecznie jej dziękuję. Nie mogłem uwierzyć, że przez szereg lat nie słyszałem o tym biegu. Ostrowska Sztafetowa Pielgrzymka Biegowa z ogromną tradycją, wyrusza na Jasna Górę z mojej rodzinnej parafii już od ponad piętnastu lat. No cóż, lepiej późno niż wcale. Długo się nie zastanawiałem. Jeszcze nigdy nie brałem udziału w biegu z taką formułą, więc prócz duchowego przeżycia, liczyłem na świetną zabawę. Wystartowałem w barwach Drużyny Jezusa.

Zanim wystartowaliśmy, uczestniczyliśmy w nocnej Mszy Świętej odprawionej przez ks. proboszcza Jacka Kitę. O 3:30 w bardzo kameralnej i spokojnej, wręcz intymnej atmosferze każdy wyraźnie mógł poczuć sens trudu, jaki za chwile podejmie. Ksiądz proboszcz przyrównał pielgrzymkę do dobrych zawodów, o których pisze w liście św. Paweł. Życzył zebranym sportowcom ukończenia tychże dobrych zawodów, ustrzeżenia wiary i otrzymania na mecie wieńca laurowego – symbolu ostatecznego zwycięstwa. Przypomniały mi się słowa Ojca Świętego Papieża Franciszka: Wszyscy jesteście Atletami Chrystusa. Wpatrując się w tabernakulum strząsałem jeszcze z siebie resztki snu. Misja jest najważniejsza. Na koniec ksiądz proboszcz zaakcentował, jak istotny jest fakt rozpoczęcia i zakończenia pielgrzymowania Eucharystią przy ołtarzu i pobłogosławił kilkudziesięciu biegaczom. Równo o 4:00 rano, jeszcze przed wschodem słońca, pierwszy z nas wziął w rękę krzyż i ruszyliśmy w kierunku Częstochowy. Przed nami było 13 godzin zmagań, by zrealizować cel.

Autokarem jechało się komfortowo, ciut mniej przyjemnie biegło swój odcinek wczesnym rankiem. Jednak przenikający ciało chłód rekompensował piękny wschód słońca rozgrzewający powoli przydrożne pola. Zapowiadał się piękny dzień. Na pierwszą partyjkę wystartowałem z jednym z lepszych biegaczy tuż po godzinie 5:00. Utrzymujący mocne tempo Andrzej okazał się wielkim fanem Dżemu. Kilkanaście maratonów w roku pokonuje w koszulce tej kapeli. Skorzystałem z okazji i jak najwięcej wypytałem go o przygotowania do długich odcinków. 11 km umknęło nim się obejrzeliśmy. W końcu po godzinie biegu przekazaliśmy krzyż Magdzie. Zaraz po rzuceniu się na fotel zostałem poczęstowany kanapkami z świeżo upieczonych bułek i przed momentem zaparzoną, gorącą kawą. Taki piękny prezent otrzymywał każdy, kto kończył biec swój odcinek. O odpowiednią regenerację zawodników dbały niezastąpione panie z Akcji Katolickiej pieczołowicie uwijające się na tyłach autobusu. Co byśmy bez nich zrobili. Na którymś z późniejszych postojów zafundowały nam blachę przepysznego placka drożdżowego. Kupiły nim moje serce.

Całą pielgrzymką dowodził Tomek, który rozdzielał odcinki i musiał wysłuchiwać zachcianek typu: Ja chcę biec sam, ja poproszę 5 km, a ja dychę. Urok władzy. Zależało mi, by w miarę wcześnie zrobić jak najwięcej kilometrów i móc chwilę się zdrzemnąć. O 8:00 dołożyłem jeszcze 12 km z Maciejem. To był mój najgorszy moment, gdy zastrajkował brzuch. Opuściliśmy już województwo wielkopolskie i zmierzaliśmy w stronę Sokolników. Na kolejne odcinki spokojnie czekałem. Musiałem uporać się teraz z coraz mocniej dającym o sobie znać żołądkiem.

Ostatecznie nic nie wyszło ze spania. Atmosfera w autokarze nie sprzyjała drzemaniu. Panowała ciągła ekscytacja wynikająca ze zmian. Wypuszczaliśmy biegaczy, ujeżdżaliśmy 5 km i czekaliśmy za nimi z aparatami. Mimo tzw. ciułania kilometrów czas płynął mi bardzo szybko. Czułem nieustanny dynamizm pielgrzymki sztafetowej. Biegaczom towarzyszył na trasie ks. Karol sprawujący opiekę duchową nad sportowcami. Nie ukrywam, że fajnie było obgadać na postoju swoje intencje, z którymi wystartowałem. Ciekawą osobą okazał się również kleryk Sebastian. Zaskoczył mnie swoimi bardzo dobrymi wynikami sportowymi z wcześniejszych lat. Sebastian startował po raz któryś z kolei. Zresztą tak samo jak większość uczestników, zaprawionych w bojach. Nowych było raptem kilku, lecz już wiem, że z pewnością nie był to mój ostatni raz.

Przyszedł czas na dłuższy odpoczynek, ale rwało mnie na trasę. Plan zakładał zrobienie minimum 30 km. Kolejna piątkę dołożyłem dopiero około 13:00, przebiegając przez Działoszyn w towarzystwie Macieja. Trasa wiodła już za Załęczańskim Parkiem Krajobrazowym – celem mojej samotnej pielgrzymki za rok. Za Działoszynem mieliśmy przyjemność zrobić parę podbiegów, np. pod kapliczkę, gdzie już wszyscy wspólnie odmówiliśmy różaniec.

Jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia. Miałem do wyboru dokręcić jeszcze parę kilometrów lub cisnąć jak najwięcej do końca. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, by w Sztafetowej Pielgrzymce Biegowej zadebiutować od razu z mocnym akcentem – pokonać dystans maratonu. Byłoby to piękne zwieńczenie trudu. Dla każdego z nas droga miała inny wymiar. Słoneczko grzało. Kolejna piątka przebiegała drogą wojewódzką, na której odczuliśmy duży ruch samochodowy. To był chyba jedyny i najbardziej uciążliwy mankament pielgrzymki – dyskomfort spowodowany mknącymi za plecami ciężarówkami. Na szczęście biegnących z krzyżem zabezpieczali dwaj kolarze piloci, których obecność dawała poczucie bezpieczeństwa. Serdeczne dzięki za Wasz trud przejechania całego dystansu i support na trasie. Zaczęliśmy też mijać kolumny pieszych pielgrzymek zmierzających na Jasną Górę.

W przerwach między odcinkami spijałem na zmianę izotonik z wodą i przegryzałem bananem. Czułem się dobrze odżywiony. Odczuwałem już w nogach dystans 35 kilometrów, ale jak najczęściej chciałem wychodzić na drogę, by nie przeoczyć brakujących kilometrów. W trakcie kolejnej piątki Benia była blisko skręcenia kostki, na szczęście Opatrzność nad nami czuwała. Wreszcie naszym oczom po raz pierwszy ukazała się na horyzoncie Częstochowa i wieża klasztoru. Ponoć starym zwyczajem na widok Jasnej Góry należy przyklęknąć, więc po krótkiej modlitwie biegliśmy już dalej. Nie czułem znużenia. Wręcz przeciwnie, z każdym krokiem coraz większą radość, że zbliżam się celu. Nawet nie wiem, kiedy te kilometry zleciały.

Czułem nieustanną chęć biegnięcia dalej. Byłem mocno zmotywowany. Na ostatnim przystanku przed miastem, gdzie już wszyscy byli podekscytowani, wiedziałem, że Pan Bóg wycyrklował idealnie. 42. kilometr przypadnie dokładnie pod klasztorem na Jasnej Górze. To był chyba najmilszy fragment biegu. Na horyzoncie rosła biała wieża, a w moim sercu radość, że zbliżamy się Czarnej Madonny. Mimo podniosłego stanu ducha musieliśmy uważać na ulicach miasta. Przedostatni odcinek pokonaliśmy we czterech. W końcu połączyliśmy się z wszystkimi i obiegając wały równo o 17:00, po 13 godzinach biegu dotarliśmy do celu pielgrzymki – bram Jasnej Góry. Tam na uczestników czekały rodziny. Biegacze nie kryli wzruszenia, atmosfera była podniosła.

Na miejscu spotkaliśmy się z kolegami, uczestnikami innych sztafet z Kobierna, Bytowa i Ostrzeszowa. Po krótkim odpoczynku i obowiązkowych lodach, wieczorem uczestniczyliśmy we Mszy Świętej odprawionej w kaplicy Cudownego Obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej oraz Apelu Jasnogórskim. Tak jak zaczynaliśmy przy ołtarzu, tak długi dzień kończyliśmy Eucharystią. To była dla mnie niezwykła chwila. Po wielu latach stałem tak blisko przed obliczem Maryi i mogłem bez słów wpatrywać się w obraz, który skrywa w sobie prawdę o sensie podejmowanego wysiłku. W tamtej chwili utożsamiał sens wszystkich podejmowanych decyzji w moim życiu. Dużo by pisać, są to bardzo osobiste refleksje. Nie mniej wszystkie intencje, z którymi przybiegłem powierzyłem Matce Bożej, której obecność i opiekę przez ostatnie lata odczuwam w swoim życiu bardzo mocno. Z homilii zapamiętałem tylko jedno zdanie – Nie bać dać się Jej porwać, dać się porwać Maryi. Tak naprawdę, tego wieczoru tylko Jej oblicze trzymało mnie jeszcze na nogach. Gdy wróciliśmy do autobusu padłem na fotel i szybko zasnąłem.

Przed północą wyjechaliśmy w drogę powrotną. Organizatorem sztafety była Akcja Katolicka przy parafii św. Pawła Apostoła w Ostrowie Wielkopolskim. Dziękuję wszystkim za możliwość przeżycia wspaniałej przygody.

Share

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o