Wiata Rafała # 011: Rozeznawanie

Nie mam siły na specjalne silenie się. Po prostu. Motałem się do tej pory z poczuciem pewnego przymuszenia. Teraz luzuję liny i spokojnie oddaję ster życia w ręce Boga, który – wierzę – ma dla mnie lepszy plan niż potrafię sobie wyobrazić. Ogarnia mnie kojące uczucie odprężenia. Czy zrzucam odpowiedzialność za swój los? Wręcz przeciwnie.

Nie mam siły na specjalne silenie się, a blog kwiczy. Planowane posty winny ukazywać się jeden po drugim, jednak na razie spisuję tylko prywatne przemyślenia (hyde park) w celu podtrzymania życia na prywatnej wirtualnej planecie. Jeśli czytasz któryś z postów z kategorii „Wiata Rafała”, to pewnie może Cię irytować brak merytorycznej treści, konkretnej tematyki, a może przewijający się motyw wiary. To prawda, ciężko na mojej stronie znaleźć teraz ciekawe relacje z biegów lub zdjęcia z wierzchołków szczytów. Straszy jej surowy szablon. Na próżno szukać recenzji inspirujących książek, zachęt do posłuchania ciekawych płyt, a wiecznie czekające wpisy z przeszłości czynią z tego miejsca już nieaktualne, wyblakłe bilety kolejowe; drugi raz nie do użycia (czyt. drugi raz pewnie nie wrócisz).

Jeśli oczekujesz lekturowych rewelacji, musisz wybaczyć. Całą swoją energię myślną poświęcam teraz czemuś innemu. Szukam odpowiedzi na jedno konkretne pytanie: kim jestem. Mógłbym zacząć wyjaśniać, jak różne szkoły psychologii potrafią rozwiązać problem tożsamości; jak popularni, polscy trenerzy personalni odwołując się do zachodnich wzorców, drążą temat duchowej inicjacji. Nawet kościół mocno dostrzega problem kryzysu męskości. Nie trzeba studiów, by zrozumieć, że w pewnym wieku każdy mężczyzna zderzy się z pytaniami o swoje miejsce w świecie: kim jestem, w czym jestem obecny, ile znaczy moja praca, jakie wartości wyznaję, gdzie leży sens, jak się realizuję, w czym jestem dobry etc.

Dylematy krążące wokół ego to normalna sprawa, nie muszą wcale świadczyć o egoizmie, ale o poszukiwaniu. Otwarcie więc przyznaję, że znalazłem się na skrzyżowaniu i nie wiem, jaką drogę wybrać.

Zupełnie tak jak pewnego listopadowego dnia w 2013 roku…

Sytuacja miała miejsce na górskim rajdzie „Reset Listopadowy”. Na długi weekend wybraliśmy Sudety. Była niedziela, szedłem sam szlakiem w pasmie Gór Suchych. Oddzieliłem się na chwilę od rajdowej grupy, chcąc naprawdę pobyć w ciszy. Uważałem wówczas, że mszę świętą mogę zastąpić kontemplacją natury. I rzeczywiście, mało popularnym, granicznym szlakiem zielonym, prowadzącym od Sokołowska, przez Przeł. Sokołowską do Andrzejówki, dreptałem tylko ja. Nie tylko pobyłem w ciszy, ale w tę sudecką ciszę zostałem wręcz wtłoczony. Żółte i szare odcienie trawy, co kilkadziesiąt metrów taki sam biało-czerwony słupek graniczny, a po prawej stronie wielka przestrzeń – zarys Góry Stołowych. Po lewej kilka wymagających prawie tysięczników: Kostrzyna, Suchawa, Waligóra. Nade mną niebo spowite ciężkimi szarymi chmurami. Marsz pod górę i w dół. Wiatr smagający twarz przy zdobyciu Kopicy. Piękna trasa, którą polecam każdemu, kto odwiedzi pasmo Gór Suchych (Kamiennych), miała mnie zaskoczyć.

Z grupą byłem umówiony w Andrzejówce na konkretną godzinę i nie chciałem się spóźnić, więc z uczuciem niedosytu zrezygnowałem z odbicia na Ruprechticki Szpiczak. Z wieży widokowej na dość popularnym czeskim wierzchołku rozciąga się piękny widok. Zbyt przyspieszonym krokiem dotarłem na rozdroże z (nomen omen) turystyczną wiatą. Odchodziło od niej co najmniej sześć szlaków. Dodatkowo zadanie utrudniały oznaczenia rowerowe, narciarskie i te bez adnotacji, z interpretacją których moja ogólna mapa nie mogła sobie w żaden sposób poradzić (tak myślałem na początku). Utknąłem, pewnie w popularnym miejscu. Banalne skrzyżowanie stało się dla mnie nie lada wyzwaniem i wymusiło posłużenie się kilkoma umiejętnościami. Najpierw opanowania nieprzyjemnych nerwów, później orientowania mapy, a na końcu zaufania intuicji. Na zasadzie prostej dedukcji odrzucałem kolejne warianty, aż zostały trzy, wreszcie dwie ścieżki. W trakcie eliminacji starałem się opanować niepewność towarzyszącą zagubieniu i jeszcze mocniejszy strach przed potencjalnym wstydem. Nie wiem, czy czasem samotności zmuszającej do samodzielnego myślenia nie obróciłem w korzyść. Nie będąc do końca pewnym, wszedłem na tę najbardziej prawdopodobną drogę, ufając, że doprowadzi mnie do schroniska. I doprowadziła. Całe zamieszanie trwało dobre pół godziny.

Rozdroże banalne, ale tamtą sytuację wspominam jako dobrą lekcję wychodzenia na prostą. Góry zdeterminowały przygodę. Szedłem w spokoju i nagle wyrósł problem, głównie w mojej głowie. Dziś jest podobnie. Stoję na rozdrożu i mam kilka opcji. Najpierw czułem, że koniecznie MUSZĘ wybrać jedną z nich – własną drogę. Teraz, po kilkunastu miesiącach zawracania i kilku dniach rekolekcji wielkopostnych coraz mocniej uświadamiam sobie, że wcale nie muszę robić tego sam jak w górach. Jest Bóg. Głęboko ufam, że to On ma dla mnie lepszy plan niż potrafię sobie wyobrazić. Taki wybór pozwala wyluzować i nie przejmować się każdym lękiem; obracaną w myślach każdą obawą. Nie muszę roztrząsać, co będzie, bo uświadamiając sobie obecność prowadzącego Jezusa, każdy dzień będzie takim jakim ma być. Oddanie swojego życia w Boże ręce zredukowało paraliżujący mnie stres. Takie zawierzenie skreśliło z życia bylejakość. Jeśli walnę się na czymś, to jestem pewny, że potknięcie było zaplanowane po to, by znów wstać. Jestem drugi i z tą świadomością mogę więcej.

Czy zrzucam odpowiedzialność za prowadzenie swojej egzystencji na jakiś los, wyższą siłę? Uważam, że nie. To ja jestem za siebie odpowiedzialny. Nadal podejmuję decyzje, a nawet jeszcze więcej decyzji, o wiele odważniejszych, bardziej sensownych, przydatnych. Przenoszę ciężar z ego na zewnątrz. Pokładając ufność w Panu nie spoczywam na laurach i w żadnym wypadku nie przestaje mnie obchodzić własny los.

Jeśli podejdziesz do życia z pokorą i ufnością, odciążysz barki i przestaniesz zapatrywać się w siebie jako centrum. Gwarantuję, że połowa twoich lęków odejdzie. Z odwagą i dobrze poukładaną hierarchią wartości, weźmiesz głęboki wdech radości. Pozorne zagubienie na rozdrożu i obrany, wydawałoby się na chybił trafił szlak, ostatecznie doprowadzi ciebie do celu.

Od kilku miesięcy luzuję liny i spokojnie oddaję ster życia w ręce Boga, który ma dla mnie lepszy plan niż potrafię sobie wyobrazić. Ogarnia mnie kojące uczucie odprężenia i optymizm. Z tym zapasem pewności ciągle rozeznaję powołanie: do życia w małżeństwie, do bycia samemu, do…

Od pewnego rekolekcjonisty o. Łukasza Rosiaka OFM usłyszałem wczoraj dwie cenne wskazówki do dobrego rozeznania szlaku. Pierwsza: modlitwa do Ducha Świętego. Jako miłośnik bluesa żartobliwie nazywam go często Mojo. Krótko mówiąc, Mojo to wdzięk człowieka. Mojo to również pozytywne nastawienie do czynności wykonywanej w danej chwili, które wynika z wewnętrznego stanu ducha i jest widoczne dla otoczenia. Franciszkanin powiedział, że modlitwa do Ducha Świętego napędzi Mojo, więc praktykuję ją. Po drugie, nie mniej ważne, zajrzenie do Pisma Świętego. Zakonnik polecił, bym usiadł spokojnie i otworzył Nowy Testament na chybił trafił. Trafiłem na fragment pierwszego Listu do Koryntian zatytułowany „Wierność powołaniu”… Nic mnie już chyba nie zaskoczy.

Zresztą niech każdy postępuje tak, jak mu Pan wyznaczył, zgodnie z tym, do czego Bóg go powołał.

1Kor, 7, 17-24

Zatem, jeśli staniesz na górskim rozdrożu, zachęcam do rozeznawania; do poświęceniu uwagi głosom płynącym z serca. Pisanie dla pisania nie wniesie nic wartościowego. Zaniedbanie przeze mnie bloga to nie tylko efekt niemocy intelektualnej, lecz wyraźna chęć skoncentrowania się na odnalezieniu drogi. Nie chcąc zlekceważyć intensywnie rezonującego wewnętrznego głosu, swoje plany odstawiam ciut na bok. Tak jak na początku wspomniałem, nie mam siły na specjalne silenie się. Realnych kształtów blog nabierał będzie wolniej. Jeśli jednak masz ochotę, to nieustannie zapraszam Ciebie do lektury postów na każdy temat.

Share

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o