II Wielka Pętla Izerska 2014

Kiedy w 2013 roku usłyszałem o I edycji Wielkiej Pętli Izerskiej, z radością pomyślałem, że to jest właśnie bieg, na który czekam. Nie dość, że na dystansie dla mnie już osiągalnym, to jeszcze w ukochanych Izerach. Decyzję przypieczętowaną chwilę później opłaceniem startu skwitowałem jakże wymownym „ups…”

Wielka Pętla Izerska była moim trzecim startem na dystansie półmaratonu, a zarazem pierwszym w górach. O pokonaniu biegiem niewiarygodnego przewyższenia rzędu 300 metrów miałem takie samo pojęcie, jak o robieniu na drutach. Raz pod górę, a raz z górki – przecież to banalne. Coś się wydzierga w terenie, dodawałem sobie otuchy. Pierwszą edycję Wielkiej Pętli Izerskiej wymęczyłem w 2 godziny i 11 minut. Mimo trudności, z sinusoidalnego truchtania w pełnym ukropie byłem zadowolony. Schodzić pragnąłem symboliczne trzy razy, a podbiegi głaskałem Galloway’em, za nic mając purytańską tezę o ujmie na honorze. Odwodnienie, ból brzucha i masa pytań egzystencjalnych stanowiły prawdziwą lekcję pokory. Wyprzedzili mnie chyba wszyscy, łącznie z moim ego, jeszcze nie tak dawno snującym marzenia o biegach górskich. Przemieszczałem swoje ociężałe ciało z tak wielkim grymasem na twarzy, iż musiałem wyglądać bladziej niż Duch Gór. Jednak trud najcięższego wtedy biegu w życiu wynagrodziły przepiękne widoki, perfekcyjna organizacja i wspaniała atmosfera na mecie stadionu w Szklarskiej Porębie.

I Wielka Pętla Izerska 2013

I Wielka Pętla Izerska 2013

Na mecie I edycji WPI 2013

Na mecie I edycji WPI 2013

Night Runners w Szklarskiej Porębie

Night Runners w Szklarskiej Porębie – 1. edycja WPI

Ponieważ z ekipą Night Runners, w stopniu równym kładącą nacisk zarówno na sport, jak i integrację, czas przy ognisku upływał zacnie, w pełni odzyskałem bojowy-wieczorowy nastrój. Obiecałem sobie także, że wrócę do Szklarskiej Poręby za rok na drugą edycję WPI. Miałem w końcu z moim starym znajomym Liczyrzepą, który ewidentnie zakpił ze mnie na trasie, rachunki do wyrównania. Tym razem w Izery postanowiłem zawitać przygotowany. Resztę weekendu spędziliśmy bardzo miło, bawiąc pospołu w Willi „Słoneczko”, aż zastał nas – nocnych biegaczy świt.

Przez cały rok, łącznie z przepracowaną zimą, zrobiłem duży progres. Nabrałem doświadczenia i obycia w startach. Powołałem w swoim mieście sekcję Night Runners Ostrów i poznałem wielu wspaniałych ludzi, od których nieustannie czerpię motywację. Przede wszystkim zaś zmieniłem styl życia i nabrałem nań jeszcze większego apetytu. Poznałem, że prawdziwie żyję wtedy, gdy zaczynam od siebie wymagać i wystawiam organizm na próbę, po której odradzam się ze zdwojoną siłą. Zaoferowałem również w swoim życiu miejsce Bogu, uwalniając dzięki temu głowę od wielu problemów i znajdując nieporównywalnie większe pokłady wiary w to, co robię i siły do walki. Jednym słowem wróciłem na dobry tor. Po roku powróciłem także do Szklarskiej Poręby na trasę II edycji Wielkiej Pętli Izerskiej 2014.

Night Runners w Willi Słoneczko

Night Runners w Willi Słoneczko

Chcąc w pełni wykorzystać weekend, wyjechaliśmy dzień wcześniej. Seba czuje bluesa, więc urokliwa trasa na południowy-zachód, w stronę słońca, upłynęła w muzycznym blues-rockowym klimacie. W ponad stuletniej Willi „Słoneczko”, pensjonacie doskonale nam znanym sprzed roku, była już poznańska, doskonale znana gospodarzom, ekipa Night Runners. Wieczór spędziliśmy mile przy ognisku i piwku, dyskutując na tematy poza biegowe, ma się rozumieć. Dobrze było znów zobaczyć starych znajomych ze studiów. Gdy motyw przewodni dyskusji ujrzał dno symbolicznej butelczyny, grzecznie udaliśmy się w objęcia Morfeusza. Szklarską Porębę (mój drugi dom) kocham między innymi za to, że kołysankę do snu przez otwarte drewniane okno przygrywa mi strumyk.

Trzeba oddać, że trakt najwyżej rozgrywanego półmaratonu w Polsce jest wymagający. Organizatorzy z Towarzystwa Sportowego Regle Szklarska Poręba wymyślili sobie, że puszczą nas trasą, na której trenuje polska kadra lekkoatletyczna, w tym olimpijczycy. Zacna idea! Ciekawy profil trasy zapowiadał następujący scenariusz. Do 14-tego kilometra nieustannie pod górę, prawie że pod samą kopalnię kwarcu Stanisław, później chwila wytchnienia na płaskiej drożynie, pośród leśnej izerskiej ciszy i wyrobisk torfowiskowych (takie brunatne kałuże), a na deser dotkliwe dla kolan; karkołomne zbiegi po kamlotach, aż do samego miasta. Wygrywa ten, kto umiejętnie rozłoży siły i do perfekcji opanował długie odważne susy.

Trasa Wielkiej Pętli Izerskiej

Trasa Wielkiej Pętli Izerskiej

Profil trasy Wielkiej Pętli Izerskiej

Profil trasy Wielkiej Pętli Izerskiej

W sobotnie lipcowy ranek, w dniu startu termometr wskazywał już ponad 20 stopni C. Na szczęście, w sprawnie rozdanych pakietach startowych, prócz pamiątkowego kubka, koszulki i talonu na posiłek, biegacze znaleźli przydatny w tych warunkach buff. Po odebraniu numeru, zjadłem wypróbowane śniadanie: bułkę z Nutellą oraz banana, a całość przesiorbałem trzema zalaniami yerba mate – klasyk nad klasyki. Najlepszy naturalny dopalacz o cierpkim smaku usprawniający przemianę materii, a przy okazji doskonale przełamuje słodycz glikogenu i dodaje energii.

W stosunku do poprzedniej edycji, druga odsłona jednego z najładniejszych i najlepiej zorganizowanych półmaratonów w kraju, zgromadziła o wiele więcej biegaczy – prawie 700. Dworzec Szklarska Poręba Górna mienił się więc kolorowo. Z powodu możliwej kolizji imprezy z trasą pociągu do Harrachova start biegu został przesunięty na 11:15. Dokładnie o wyznaczonej godzinie hukiem z działa, Artur Żmijewski (lub jak kto woli ojciec Mateusz) zainaugurował II edycję Wielkiej Pętli Izerskiej 2014. Ruszyłem spokojnie, wiedząc, że nie ma sensu się przepychać, gdyż za moment wyrośnie przed nami pierwszy poważny podbieg. Od początku miałem problem z Endomondo, więc porzuciłem próbę pochwalenia się live znajomym w jak fajnym biegu lecę; włączyłem za to moją ukochaną kapelę Dave Matthews Band i z przyjemnością oczekiwałem tego, co wydarzy się w ciągu dwóch najbliższych godzin. Miałem nadzieję, iż będzie to wystarczający czas, by dogonić Ducha Gór. Witaj ponownie, Karkonoszu.

Aura nas nie oszczędziła. Z nieskrywanym niedowierzaniem przypatrywałem się biegaczom bez nakrycia głowy. Jak można napierać przy takiej lampie, narażając się na udar i odwodnienie? Co kilometr wodą z bidonu moczyłem parujące momentalnie chustę i czapkę. Prażyliśmy się jak orzeszki. Po trzech kilometrach klepania drogi, mijając Chatkę Robaczka marzyłem tylko o mobilnej baterii prysznicowej. Będąc jednak w permanentnej powinności zdobywania wysokości, zdawałem się nie zauważać potu spływającego na oczy, a rozjeżdżające się na lewo i prawo myśli skupiałem na celu.

Start! Uśmiechnięci nieświadomi

Start! Uśmiechnięci nieświadomi

Jeszcze w cieniu...

Jeszcze w cieniu…

Jakuszyce - nabieramy opalenizny

Jakuszyce – nabieramy opalenizny

Do Jakuszyc biegło się dobrze, a od szosy, gdzie machaliśmy do unoszącego się nad nami drona, zgodnie ze scenariuszem. Może nie w wymarzonym tempie, ale bez przechodzenia do marszu i ciągle z podniesioną przyłbicą. Garda była, wyprostowana sylwetka i humor także. W głowie jasno określony cel, bez zakłóceń i zwątpienia. Ale gorąco… Ulżyłem sobie na pierwszym punkcie z wodą. Przez większość czasu mijaliśmy się z tymi samymi osobami. Raz wyprzedzałem, raz byłem wyprzedzany. Nie wiem, który manewr dodawał mi więcej motywacji. Zamieniłem kilka zdań ze spotkanym na trasie Adamem z Night Runners, którego obecność w tym miejscu mocno mnie zafrapowała (w ubiegłym roku wywalczył pierwsze miejsce w kategorii wiekowej), ale o jego samopoczucie byłem nad wyraz spokojny.

Przez dolny Dukt Końskiej Jamy dotarłem na Rozdroże pod Cichą Równią (943 m n.p.m.) Po obu stronach szutrowej drogi dzielnie kibicowały nam świerki, niektóre z trudem podnoszące się po klęsce ekologicznej. Podążając mozolnie pod górę, z utęsknieniem wypatrywałem ocienionych odcinków na starej drodze celnej. Dłużące się dziwne uczucie, jakoby rok temu koniec podbiegu pojawił się wcześniej, kazało bardziej skupić się na rytmie wygrywanym w słuchawkach. Metr po metrze zastanawiałem się, kiedy nastąpi przełamanie frazy. W końcu teren drgnął. Po osiągnięciu na słynnym 14-tym kilometrze kulminacyjnego punktu na trasie – nieczynnej kopalni kwarcu Stanisław (1020 m n.p.m.) rozpoczął się długi zbieg. W tym momencie każdy mógł złapać drugi oddech, uspokoić tętno oraz nacieszyć oczy rozpościerającymi się pięknymi panoramami. Moja tęskniąca do gór dusza współgrała z pracującym ciałem. Wpadłem w nieuchwytny nigdzie indziej, ulotny rezonans. Lubię ten stan jedności człowieka z przyrodą. Sunąłem spokojnie, komfortowym tempem. Dokoła coraz więcej drzew, upal jakby zelżał.

Po kilkunastu minutach swoistego ultransu trzeba było już się bardziej skupić, bowiem z kilometra na kilometr zbieg przeistaczał się w coraz bardziej stromy. Zadania nie ułatwiały wszędobylskie kamienie, które łatwo mogły ukrócić przygodę. Postanowiłem, że nie zwolnię, bo najgorsze dla stawów to hamowanie kolanami. Ugiąłem więc nogi i dawałem dłuższe susy, a balans utrzymywałem za pomocą rozłożonych jak skrzydła samolotu ramion. Poczułem flow. Po raz pierwszy pomyślałem, że mogę powalczyć o czas poniżej 1:50. Owszem, przez większość trasy spoglądałem na zegarek i czułem, że Liczyrzepę przegonię spokojnie w dwie godziny, ale apetyt rośnie w miarę zbliżania się do końca. Zaaplikowany na 17-tym kilometrze shot energetyczny Enervita (w pakiecie) znów wyzwolił dodatkowe pokłady mocy. Frunąłem, momentami niebezpiecznie. Dostałem ścięgien Karkonosza.

Nie ma, że boli

Nie ma, że boli

Ostatnia prosta na stadionie

Ostatnia prosta na stadionie

Na dwudziestym kilometrze, gdzie trasa przybierała postać łagodnej drogi, zbiegając już w zasadzie do miasta poczułem, jakby ktoś przejechał mi obuchem po łydkach. Nagłe wyhamowanie. Na szczęście bez gleby. Nie mogę postawić kroku. Próbuję, ale nie biegnę, nawet nie idę. Stoję na wpół oniemiały i nie wiem, dlaczego łydki ujadają jedna przez drugą. Drżą, nie chcąc dokończyć wyzwania, za to próbują przebić skórę. Ucisnąłem kilka razy rękami bolące partie – jak z kamienia. Krok do przodu i… łaskoczący ból. Podjąłem marsz. Machnąłem rękoma na wynik, i z niedowierzaniem i wymuszonym uśmiechem pozdrowiłem znajome twarze z Night Runners. Oto daję się teraz wyprzedzić kilkudziesięciu biegaczom. I na co był ten ostatni lot pikującego orła? Ustąpiłem miejsca koleżankom i kolegom. – Stary, jeszcze raz – rzuciłem do siebie. Ruszyłem powoli. Ubiegłem 20 metrów i znów alarm. Koniec biegu, pomyślałem. Najwyżej jakoś do tej mety dojdę, ale ogarnął mnie żal. Kiedy w trakcie walki czujesz moc w płucach i smak piwa na mecie, a skurcze dopadają ciebie za dziesięć dwunasta. Ostatecznie, powziąłem trucht w stronę stadionu miejskiego, na którym usytuowana została meta. Przemogłem niemoc. Nie było źle. Miałem zapas kilku minut, więc spokojnie drepcząc z nogi na nogę, pokonałem ostatnią prostą, dłużej przynajmniej delektując się spływającym splendorem chwały oraz oklaskami miło łechtającymi podjudzone ego. A tak naprawdę, wiecie – w duszy chciałem przycisnąć i spektakularnie wlecieć na bieżnie, zdzierając tartan i wprawiając w zakłopotanie system pomiaru czasu. Ach, Duchu Gór! Znów za rok trzeba Cię będzie gonić…

Finisz 2. Wielkiej Pętli Izerskiej 2014

Finisz 2. Wielkiej Pętli Izerskiej 2014

Na mecie z oryginalnym szklanym medalem

Na mecie z oryginalnym szklanym medalem

Summa summarum, z czasu 01:55:36 jestem zadowolony. 241. miejsce na 643 biegaczy. Na półmetku półmaratonu biegłem na 214. pozycji. No cóż. W sporcie jak to w życiu – zawsze może być lepiej i zawsze może być… lepiej. Miłym akcentem był ręcznie wykonany medal ze szkła, wręczony przez Anetę, która przyjechała z nami w roli kibica. Kiedy człowiek tak sobie biegnie i tak się męczy, to myślę, że robi to wszystko po to, aby otrzymać medal z rąk kobiety. Jeśli mam wybór, na mecie zawsze podchodzę do wolontariuszki. Kiedy nie mogę jej wypatrzeć, to udaję rozkojarzenie, aż którejś nie znajdę. Dziękuję Anetko, że stałaś na wprost i mogłem szybko, bez zbędnych ceregieli paść na trawę. Wody i napojów izotonicznych było do woli.

Zważywszy na trudne warunki i fakt, że w nocy obudziłem się prawdopodobnie z niską gorączką i pulsującymi zatokami, a na mecie czułem osłabienie, to cieszę się z wyniku i zapowiadam już dziś, że za rok na III edycji Wielkiej Pętli Izerskiej 2015 powalczę o wynik 1:45. Pucuj kopyta, Karkonoszu.

Gratuluję Oli z Kobiety na Medal. Sebastianowi także gratuluję. Jest zadatek na harpagana. Gratulacje dla wszystkich Night Runners za ukończenia niełatwego biegu i wytrwanie przy ostatnim ognisku. Jednak nim zapłonął jego wieczorny blask, zażyliśmy krioterapii w lodowatym strumyczku i poszliśmy jeszcze w góry (one wyzwalają niezbadane pokłady mocy).

Mission Completed

Mission Completed

II Wielka Pętla Izerska 2014

II Wielka Pętla Izerska 2014

Zachód słońca nad pograniczem Gór Izerskich i Karkonoszy postanowiliśmy obejrzeć z najlepszej miejscówki – skałek na Wysokim Kamieniu. Objuczeni butelkami złocistego trunku, wdrapaliśmy się na szczyt, skąd roztaczał się wspaniały widok we wszystkie strony. Nie było innego wyjścia, jak przycupnąć na skałkach na dłużej, otworzyć czeskie piwo i wznieść toast za udany start; w promieniach leniwie chylącego się letniego słońca, delektować się rozmową i panoramą najwyższej grani Sudetów – najlepszy sposób na celebrację. Po zobaczeniu jeszcze czeluści kopalni kwarcu “Stanisław”, zeszliśmy po zmroku do miasta i wróciliśmy do willi, gdzie trwała zabawa. Resztę nocy rozświetlał blask frywolnie tańczącego ogniska i wyczarowana z kapelusza wiśniówka.

Nazajutrz nie było problemów z pobudką. Niedziela – dzień święty święcić. Gdzie? Na szlaku. Cel – Śnieżka. Trafiliśmy na idealną pogodę. Po zaparkowaniu w Białym Jarze, czerwonym malowniczym szlakiem prowadzącym Doliną Łomniczki, przez symboliczny cmentarz ofiar gór, zdobyliśmy Królową Sudetów. Za podjęty trud odwdzięczyła się urokliwymi widokami. Ciesząca się dużym wzięciem, niezależnie od sezonu, przywitała nas miłym chłodzącym wiaterkiem. Leżeliśmy łapiąc opaleniznę. Chyba nie byliśmy jedynymi uczestnikami półmaratonu, którzy drugiego dnia postanowili wejść na szczyt, by zregenerować mięśnie bycząc się na trawie. Jako nagrodę za całodniową wyprawę i wyjątkowo udany weekend wybraliśmy w Karpaczu pizzę z pieca.

Z całego serca polecam świetnie zorganizowaną Wielką Pętlę Izerską, której największym atutem jest przepiękna i wymagająca trasa. Do zobaczenia na III Wielkiej Pętli Izerskiej 2015. Szykuje się biegowy hattrick.

Share

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
0 Comment authors
Biegowa Korona Sudetów #2 - Wielka Pętla Izerska 2015 Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
trackback

[…] Mimo, że z krótką tradycją, to z wysoką renomą i prestiżem – Wielka Pętla Izerska zaskarbiła sobie sympatie biegaczy wracających na trasy Gór Izerskich pewnie równie chętnie co ja. Nie dziwię się, widoki i atmosfera zapadają na długo w pamięci. W mojej pod postacią wspomnień z poprzednich edycji popularnego górskiego półmaratonu – czytaj! […]