X Maraton Lednicki 2015 – W lekkim powiewie… – relacja

6 czerwca w upalne południe spod poznańskich Krzyży wystartował X Maraton Lednicki. Jubileuszowy bieg był integralną częścią obchodów XIX Spotkań Młodych Lednica 2000. To właśnie na Polach Lednickich pod Rybą usytuowana została meta wymagającej 44-kilometrowej trasy. Było gorąco, lecz dobiegliśmy, dzięki Duchowi przychodzącemu w lekkim powiewie.

Po wielu latach bardzo chciałem pojawić się na tegorocznej Lednicy, gdyż temat spotkania W Imię Ducha Św. jest mi bliski – do każdego motywacja przychodzi w inny sposób. Chciałem poznać także ekipę wspólnoty Różaniec 2.0. Gdy na kilka dni przed spotkaniem zobaczyłem, że do miejsca, gdzie chcę przybyć organizowany jest Maraton Lednicki, decyzję o starcie podjąłem w ułamku sekundy. Wiedziałem, że pod Rybę chcę pobiec.

Maraton Lednicki organizowany przez Stowarzyszenie Biegowe Brylant Kórnik to nietypowy maraton. Dlaczego?  Przede wszystkim jest to bieg towarzyski, w którym nikt z nikim się nie ściga, a spokojne tempo nadają biegacze niepełnosprawni. Poradzi sobie więc każdy, zawodowy maratończyk, jak i debiutujący amator. Dystans królewski również nie jest klasyczny, ponieważ wynosi 44 km. Można więc powiedzieć, że trasa swoistego ultramaratonu biegnie polnymi wertepami, szutrowymi duktami, oraz drogami asfaltowymi przy częściowo zamkniętym ruchu. Co kilka kilometrów przewidziany jest postój, gdzie mieszkańcy wsi i lokalnych parafii czekają na śmiałków z klasycznymi posiłkami regeneracyjnymi, takimi jak napój izotoniczny, czekolada, banany, ale oferują także specjalne, rzadko kiedy spotykane na trasie rarytasy: placek z rabarbarem, pomarańcze, kanapki, czy nawet kiełbasę; z głodu więc nie umrzesz, ewentualnie z przejedzenia. O bezpieczeństwo pielgrzymów dba policja, straż pożarna i Maltańska Służba Medyczna. O sakrament pojednania kapelan biegu. Zaś o oprawę muzyczną auto z głośnikiem i inwencja rozradowanych ludzi, którzy przez 7 godzin zmagają się z własnymi słabościami, i modląc się niosą intencje na Pola Lednickie.

I właśnie tak było. Na tym kameralnym biegu czułem wspólnotę ludzi, którzy podejmują wysiłek w różnych intencjach, lecz są połączeni sportową determinacją, a przede wszystkim wiarą. Ten fakt dodawał mi mocy na trasie, która okazała się dla mnie naprawdę długa i wymagająca; nie uniknąłem kryzysów.

Do Poznania udałem się porannym pociągiem, w towarzystwie Tomka. Biuro zawodów usytuowane zostało na Placu Trzech Krzyży, gdzie sprawnie odebraliśmy pamiątkowe koszulki i mogliśmy uciąć sobie pogawędkę z innymi uczestnikami, powoli zapełniającymi miejsce startu. Zanim na placu pojawił się dziennikarz sportowy Przemysław Babiarz, poznałem Pawła Meja – szerzej znanego w internecie jako Bosy Biegacz. Spotkałem także kleryka Piotra, startującego w barwach Drużyny Jezusa. Błękitne niebo, na którego tle wyróżniały się krzyże i uniwersytecki budynek, zapowiadało bieg w pełnym słońcu. Z minuty na minutę robiło się coraz bardziej gorąco.

Na starcie X Maratonu Lednickiego 2015 (fot. Ł. Grzegorowski)

Na starcie X Maratonu Lednickiego 2015 (fot. Ł. Grzegorowski)

Po krótkiej modlitwie pod Pomnikiem Poznańskiego Czerwca ’56 Przemysław Babiarz zapalił znicz i z relikwiarzem Św. Jana Pawła II ruszyliśmy ulicami Poznania. Już od pierwszych kilometrów wiadomo było, że mobilne punkty nawadniające rozstawione będę częściej (brawa dla organizatorów za bardzo rozsądną decyzję). Z nieba lał się żar, a poczucie gorąca dodatkowo potęgował topiący się asfalt. 32 stopnie C w cieniu – ukrop. Trochę żałowałem, że nie wziąłem plecaka z bukłakiem, ale na szczęście miałem czapkę i buff na kark. Do pierwszego punktu z wodą dopadliśmy niczym spragnione stado antylop na sawannie. Na zmianę piłem i polewałem głowę. Następnie przez kilkaset metrów miałem przyjemność nieść z panem Przemysławem Babiarzem płomień i zamienić kilka zdań – to bardzo fajny człowiek, wyznający dobre wartości. Niestety fotka robiona w biegu nie wyszła, ale miłe wspomnienie zachowuję w pamięci.

W końcu pożegnaliśmy Poznań. Na pierwszym punkcie postojowym, w Kicinie (10 km), czułem się dobrze, ale teraz wiem, że nie podjadłem. Odpuszczenie banana było podręcznikowym błędem taktycznym. Gromkimi brawami pożegnaliśmy dziennikarza, który musiał wracać do Warszawy na 18. rocznicę ślubu i spokojnym tempem ruszyliśmy dalej. Lekko pofałdowana trasa wiodła urokliwymi zakątkami Wielkopolski, wśród dojrzewających pól i kwitnących kolorowo łąk. Na 14. km w Wierzenicy ulokowany został kolejny punkt żywieniowy, tym razem z konkretem – gotowanymi parówkami i kompotem. No, po prostu ultra! Połasiłem się tylko na kompocik domowej roboty, ale mimo wegetariańskiej postawy już czułem, że w szerszej perspektywie nie ominą mnie problemy z żołądkiem. Do 19. km biegło się w miarę dobrze, jednak odczułem powoli doskwierający upał, mrowienie w ciele i zaczyn kryzysu psycho-fizycznego.

Z błękitnego nieba lał się żar, a mokry buff i koszulka po chwili już parowały. Rzadko spotykany cień na trasie tylko na moment stanowił dla nas jakaś formę pocieszenia i ukojenia. Wiedziałem, że startuję w innym biegu niż dotychczas, gdzie nikt nie będzie mnie oceniał wg wyniku, ani czasu, bo ten jest sprawą drugorzędną; że w razie spadku sił mogę wsiąść do jadącego za peletonem autobusu, który powoli się zapełniał. Przed biegiem nie dopuszczałem nawet takich myśli, jednak z każdym kolejnym krokiem coraz bardziej natrętnie pukały do drzwi mojej dumy. Odpuść, odpuść. Choć zachowałem świadomość, miałem momenty zawahania – czy jest sens się zarzynać, czy zaraz nie odlecę. Wiedziałem, że biegnę z intencjami, ale nie za wszelką cenę. Wola klapnęła. Koniec maratonu. W końcu po jeszcze jednym zrywie i próbie wyrwania się pokusie, przeszedłem do marszu, i z pokora i nieskrywaną ulgą, za to ze skrywaną dumą przekroczyłem próg leniwie sunącego autobusu, w którym prócz duchoty panowała… biesiadna atmosfera. Nie byłem sam. Kolejnych uczestników chętnych na przejażdżkę wesołym autobusem witano znanymi powszechnie pieśniami oazowymi, a kapelan z uśmiechem oferował ostatnie namaszczenie. Nie było porażki, tylko rozbawienie. Zrozumiałem, że to zabawa, a zejście z trasy wcale nie musi wiązać się z poczuciem wstydu. W tych niemiłosiernie trudnych warunkach raczej ze zdroworozsądkową decyzją.

Na 19. km podczas postoju we wsi Wronczyn nie mogąc znaleźć toalety, zaaplikowałem tabletkę anty sami-wiecie-czemu i w przypływie obojętności dwa kawałki drożdżowego placka z rabarbarem. A co mi tam, raz się jedzie maraton! Z trzecim kawałkiem wróciłem do rozgrzanego do miłości autobusu, znalazłem miejsce (siedzące) i już miałem publikować post o pierwszym w karierze nieukończonym biegu… gdy nagle Bosy Biegacz z odparzonymi stopami zaintonował w te słowa: Idzie dysc, idzie dysc, idzie sikawicaaa… Kontekst sytuacyjny rozbawił mnie do reszty. Wiem, czego brakuje mi czasem na długich trasach – amatorskiego zażartowania.

Zaczynała się druga połowa maratonu. Przez przednią szybę widziałem jak kolumna śmiałków, prowadzona przez samochód dzielnie zmaga się z podbiegiem. Horyzont majaczył od gorącego powietrza. Po żołądku jeździło. Przylepiłem się do fotela i było mi po prostu głupio, że siedzę. – Mam mieszane uczucia – odezwałem się do jednego z biegnących organizatorów. – Chłopie, daj spokój, jeszcze nigdy nie mieliśmy takiej patelni. Miał rację, ale powiedz to sercu…

Autobus niczym wieloryb pochłaniał kolejne rybki, ciągnące pod lednicką Rybę. Było w nim więcej mężczyzn niż kobiet (płeć słabsza?) Te, jak siostra ze zgromadzenia Katarzynek, wytrwale napierały dalej. Podziwiałem ich. Próbowałem sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek zszedłem z trasy – nie było do tej pory takiej sytuacji. Nigdy się nie poddałem. Gdyby nie ten żołądek… Doznałem spadku motywacji i tyle. Dookoła wymęczeni ludzie przylepieni do poręczy – obraz Bożej walki. Spoglądałem na nich i teraz wiem, że dobrze zrobiłem. Przecież to tylko zabawa. Zdrowie jest jedno. Potrzebowałem chwili słabości i wielorybiego doświadczenia, żeby uświadomić sobie, iż są w życiu sprawy, nawet ważniejsze od biegania, z którymi sami sobie nie poradzimy, choćbyśmy nie wiadomo jak wielcy byli. Jesteśmy ograniczeni i słabi. Bez wiary sami nie wstaniemy.

Z fotela za mną niósł się donośnie standard góralski: Uleje, usiece Janickowe licaaa..! To nie może się tak skończyć. Zbliżaliśmy się do postoju w Łagiewnikach na 34. kilometrze. Są intencje, na Polach czekają tłumy, jest cel. Dobiegnę z podniesioną przyłbicą. Po odpoczynku jeszcze raz nabrałem ochoty do walki. Od dłuższego czasu czułem się lepiej. Na postoju rura do drewnianego szaletu za kościołem. Uzupełniłem płyny. Po krótkiej modlitwie w kościele do św. Rafała Archanioła, postanowiłem dołożyć kilometrów i spróbować raz jeszcze. Dochodziła 18:00. Słońce grzało jakby słabiej, ale nadal czuć było żar od rozgrzanej jezdni. Ruszyłem na przodzie, by wchłonąć całą motywację. Obok biegł Tomek pchający wózek. Jedna z niepełnosprawnych dziewczyn biegnących z nami od Poznania trzymała w rękach ikonę Matki Bożej Kórnickiej Różańcowej. Ten bieg rozgrywa się w sercu, ma inny wymiar, myślę. Z głośnika w samochodzie dochodziły śpiewy lednickie. Peleton wbiegł na główną drogę. Jestem z powrotem.

Peleton X Maratonu Lednickiego

Peleton X Maratonu Lednickiego

Pomimo bólu barków i ocierającej plecy mokrej koszulki, której mokrość była już zbyt mokra, dobrym tempem dotarłem do postoju regeneracyjnego na 41 km. Została ostatnia prosta. Łyk wody i ruszyliśmy zwartym szeregiem, wszyscy. Jeszcze nie wiedziałem, że przede mną trzy najwspanialsze kilometry w życiu.

Z oddali dochodziły już śpiewy i głos spikera. Wiedzieliśmy, że o. Jan Góra czekał z rozpoczęciem mszy, aż nie wbiegniemy ze światłem. Minęliśmy parking i wreszcie pojawili się kibicie, których po drodze mi brakowało. Dopingowali po obu stronach drogi. Z uśmiechem, śpiewem na ustach i trzepoczącymi flagami biegliśmy niczym kohorta żołnierzy. Emocje rosły. Nagle wyrosły przed oczami Pola Lednickie i tłumy ludzi, a w oddali zamajaczyła Ryba. Nieustannie śpiewając dotarliśmy do Drogi Trzeciego Tysiąclecia. Prowadziła prosto pod ołtarz, rozdzielając sektory, w których zgromadziło się prawie 80 tys. ludzi. W końcu uroczyście ruszyliśmy. Wszyscy klaskali i krzyczeli. Setki spojrzeń i uśmiechów, wyciągniętych w nasza stronę rąk. Przybijaliśmy piony. Wielka symboliczna Ryba rosła w oczach, a z potężnych głośników powtarzany refren: Niech Zstąpi Duch Twój… Miałem ciarki na plecach. Biegliśmy. By zrealizować cel; wyzwanie podjęte kilka godzin temu pod poznańskim krzyżami, a jeszcze wcześniej w głowach i sercach. Nieważne, kto ile kilometrów. Ważne, że wszyscy razem, bez rywalizacji, bez zegara, bez podziałów na lepszych i gorszych, na wierzących lub nie. Razem, by zrealizować cel. Wszystko zaczyna się od decyzji, że chcesz coś zrobić, w czymś uczestniczyć, do czegoś się przyczynić, coś przeżyć. Ten Boży wymiar biegania, sportowy wymiar wiary jest mi chyba najbliższy. Chyba całe życie, nie tylko w nauczaniu chrześcijańskim, polega na podejmowaniu wysiłku. Na podnoszeniu się. Próbowaniu. Odkąd biegam, szukam autentycznego źródła motywacji, tego powiewu Ducha. Myślę, że tam na Polach Lednickich, biegnąc w podniosłej atmosferze pod Bramę III Tysiąclecia nie tylko ja odczułem ten kojący powiew Ducha Świętego. Choć różnimy się motywami działania i każdy ma osobiste źródło motywacji, to za sprawą Boga byliśmy jedno. A za sprawą Ducha, który mimo upału przyszedł w lekkim powiewie, dotarliśmy.

Niezapomniany finisz (fot. Ł. Grzegorowski)

Niezapomniany finisz (fot. Ł. Grzegorowski)

Dobiegliśmy. Pomimo bardzo trudnych warunków na trasie, wszyscy – 110 osób – w zdrowiu ukończyliśmy X Maraton Lednicki. Teraz, gdy to piszę, przypominam sobie, że finiszując byłem mocno wzruszony, byłem na swoim miejscu. Obróciłem się i gdy ujrzałem rzesze ludzi zgromadzonych na Polach Lednickich przeszły mnie ciarki. Wspaniały, poruszający i pokrzepiający widok. Chylące się ku zachodowi słońce, falujące flagi i tłum kolorowych ludzi na horyzoncie. Tego widoku nie zapomnę. Była przemowa, wręczenie ognia, ikony i najlepszego izotonika – różańca. A później przyjęcie komunii i poświęconego medalu na szyję. Chwała Panu!

***

Na Maratonie Lednickim nie poznasz oficjalnego czasu. Poznasz za to wspaniałych, przychylnych Tobie biegaczy, którzy nie są dla siebie rywalami. Biegniesz ramię w ramię, wystarczy jedno słowo i już zaczynasz rozmowę. Na postoju wystarczy jeden uśmiech i wyzwalasz pokłady dodatkowych siły do biegu, o których istnieniu nie miałeś pojęcia. Na Maratonie Lednickim, nawet jeśli nie jesteś jakoś specjalnie wierzący, dotykasz prawdy o sobie; modlisz się biegnąc. Twoje nogi i głowa niosą intencje ludzi, którzy nie mogą biegać, lub chorują. Podążasz ze swoimi problemami do rozwiązania, zawierzenia, ku wyzwoleniu się. Bieganie – to wolność, to też sposób na bycie z Nim, z własnymi myślami. Maraton Lednicki to w końcu okazja do ubogacenia się; przeżycia świetnej sportowej przygody w innej formule.

Uczestnicy X Maratonu Lednickiego 2015 na mecie (fot. Ł. Grzegorowski)

Uczestnicy X Maratonu Lednickiego 2015 na mecie (fot. Ł. Grzegorowski)

Dziękuję wszystkim, z którymi mogłem dzielić trud moich tylko, a może aż 32 km. Tych kilkanaście brakujących kilometrów to dodatkowa motywacja, by za rok znów pojawić się na starcie Maratonu Lednickiego. Gratuluję wszystkim ukończenia biegu, a zwłaszcza wspaniałych debiutów i pokonania całej trasy, gdyż w tym upale to nie lada wyczyn. Pogoda szczególnie nam dopisała. Wielkie podziękowania dla organizatorów ze Stowarzyszenia Brylant Kórnik, dzięki którym mogliśmy przeżyć tę przygodę. Dzięki wszystkim za rozmowy, wsparcie, szlachetne postawy i świadectwa. Dzięki Ci, Boże.

(Zdjęcia uzupełnię, gdy dotrą do mnie w dobrej jakości. Tymczasem galerię autorstwa Łukasza Grzegorowskiego z portalu Kórniczanin można obejrzeć tutaj. Zapraszam także do obejrzenia filmu z finiszu (od 7:30 min). Może i Ty podejmiesz wyzwanie?

I jeszcze z drona (by Tomasz Siuda):

Share

11
Dodaj komentarz

avatar
4 Comment threads
7 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
6 Comment authors
Malgorzata Wrzesinskarafalmaciak.plMartyna SzydłowskaRafałAleksander Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Sylwia
Gość
Sylwia

Wow, teraz dopiero zdałam sobie sprawę,co wy tam przeżywaliście, gdy my w radosnym nastroju siedzieliśmy pod parasolami. Naprawdę dobrze się czytało, bo było dobrze napisane. Podziwiam za talent pisania, biegania, a przede wszystkim otwartego przyznania się do swoich słabości.

Rafał
Gość

Tak, ja przyznaję, że było mi ciężko, a na końcu niosła mnie wiara. Mam teraz co poprawiać. Wy na polach też byliście bardzo dzielni, niczym prażynki 😉 Dzięki Sylwia!

Aleksander
Gość
Aleksander

Twój opis pozwolił mi jeszcze raz znaleść się na trasie tego biegu. Do zobaczenia za rok.

Rafał
Gość

Cieszę się Aleksandrze, że mogliśmy wspólnie dzielić trud tej maratońskiej trasy, która zostanie w mojej pamięci na długo. To był niezwykły bieg. Dzięki za dobre słowo i do zobaczenia za rok.

Malgorzata Wrzesinska
Gość

Najważniejsze się nie poddawać bo cel jest wielki 🙂 Wielkie gratulacje Rafale dla Ciebie i dla całej ekipy 🙂

rafalmaciak.pl
Gość

Dokładnie Gosiu, najważniejsze to się nie poddać i ciągle trzymać gardę. Dziękuję w imieniu uczestników maratonu. Może za rok pobiegniemy na Lednicę razem?

Malgorzata Wrzesinska
Gość

Może 🙂 Nie wykluczam takiej możliwości 🙂

Martyna Szydłowska
Gość
Martyna Szydłowska

Twój artykuł to będzie cenna pamiątka z tego biegu. Czytało się bardzo lekko, naprawdę masz dobre pióro 😉 Mam nadzieję, że za rok również będziemy mieli okazję pobiec dla Niego. Pozdrawiam, Martyna.

rafalmaciak.pl
Gość

Dziękuję za miłe słowa. Martyna, byłaś dzielna i przebiegając cały dystans 45 km przepięknie zadebiutowałaś – gratulacje! Mam nadzieję, że za rok też staniemy na starcie Maratonu Lednickiego. Tymczasem, dziś o 4 rano ruszam w pielgrzymkę biegową na Jasną Górę. Sztafeta do Częstochowy też będzie wyzwaniem. Pozdrawiam, Rafał.

Martyna Szydłowska
Gość
Martyna Szydłowska

Pielgrzymka biegowa również musi być niesamowita. W takim razie czekam na relacje. 🙂